Warning: Parameter 1 to wp_default_scripts() expected to be a reference, value given in /wp-includes/plugin.php on line 546

Warning: Parameter 1 to wp_default_styles() expected to be a reference, value given in /wp-includes/plugin.php on line 546

Warning: Cannot modify header information - headers already sent by (output started at /wp-includes/plugin.php:546) in /wp-includes/feed-rss2.php on line 8
każda książka to nowy świat (notatki z życia wydawcy) http://blog.nowy-swiat.pl Thu, 04 Sep 2014 13:15:20 +0000 pl-PL hourly 1 https://wordpress.org/?v=3.9.34 Czas: anarchia, tryb: rewolucja http://blog.nowy-swiat.pl/?p=2929 http://blog.nowy-swiat.pl/?p=2929#comments Thu, 04 Sep 2014 13:15:19 +0000 http://blog.nowy-swiat.pl/?p=2929 WWA-3 kopiaPod takim nieco piętrowym tytułem (bo jest jeszcze podtytuł „Wspomnienia warszawskiego anarchisty 1989-1991″) mamy fascynujący dokument pierwszych lat wolności. Ale czy rzeczywiście wolności? Oddajmy na chwilę głos Autorowi.

Skazanie mnie za czynny opór i dodatkowo za atak na funkcjonariusza było zupełnym absurdem, ale mimo wszystko nie był to największy absurd policyjnej aktywności, jakiego doświadczyłem. Najbardziej kuriozalne sceny z umundurowanymi i uzbrojonymi przedstawicielami aparatu przymusu w roli głównej miały miejsce latem 1991 roku, po demonstracji, która odbyła się pod ambasadą amerykańską.
Demonstracja ta, była właściwie happeningiem. Został on przygotowany przez ludzi współtworzących A-Cyklistów. W latach 1991-1992 A-Cykliści przeżywali najlepsze chwile swojego istnienia. Happening dotyczył aresztowania jednego z amerykańskich anarchistów, który nazywał się Kenny Toila. O samym bohaterze akcji nikt nie wiedział zbyt wiele, poza tym, że działał on w „słusznej sprawie”. Wydaje się, że była to walka z rasizmem, połączona z jakimiś antykapitalistycznymi wystąpieniami. W każdym razie Kenny wydał się wszystkim wart tego, by zaangażować się na rzecz jego uwolnienia. Wiązało się to prawdopodobnie z tym, że wyobrażając sobie tego amerykańskiego działacza, każdy z nas miał przed oczami Jello Biafrę z Dead Kennedys, a kto, jak kto, ale Jello Biafra wart był małej, ulicznej prowokacji.

Kapitalizm przywierał do polskiej mentalności warstwą nieprzyjemnej skorupy, co w praktyce oznaczało bezwzględność pracodawców i stosowanie wszelkich możliwych prawnych, finansowych i gospodarczych oszustw. Najbardziej cierpieli pracownicy dużych fabryk i Państwowych Gospodarstw Rolnych. Parcelacja przemysłu opierała się na celowym rujnowaniu istniejących przedsiębiorstw i masowym zwalnianiu ludzi, co rzecz jasna pozbawiało ich dalszych perspektyw na godną egzystencję. Następnie, w opustoszałych fabrykach i zakładach pracy tworzono mafijno-politykierskie spółki, które na niewolniczych zasadach przyjmowały niewielką część dopiero co usuniętych pracowników. Reszta dostawała kopa w dupę. Wobec PGR-ów stosowano politykę „odcinania się”. Władze wymazywały obecność tych gospodarstw z akt i grafików, więc PGR-y dogorywały na uboczu, wpędzając uzależnionych od nich ludzi w skrajną nędzę.
Z kolei na Zachodzie pozbawiony komunistycznego wroga kapitalizm przybierał agresywną, imperialną formę, co zaowocowało wojną w Zatoce Perskiej i później w Afganistanie. Przybyła zza oceanu kultura masowa rozpoczynała swoje otumaniające dzieło. Korporacje powiększały wpływy i umacniały pozycję w światowej polityce. Wszystko to sprawiało, że wystąpienie przeciwko rządom Stanów Zjednoczonych, łączące sprzeciw wobec kapitalizmu ze sprzeciwem wobec konsumpcji wydawało się właściwe.
Wielkie USA. Mityczna kraina dobrobytu. Rajski fetysz całego Peerelu. Druga ojczyzna Polaków. Fuck off!
Nie chcieliśmy robić klasycznego przemarszu przez miasto, z okrzykami w stylu „Kenny Toila must be free”, czy „Capitalism must die”, zilustrowanymi niesionymi transparentami, obrazującymi nierówności społeczne w Stanach Zjednoczonych. Doszliśmy do wniosku, że byłoby to zbyt banalne. Poza tym obawialiśmy się, że ze względu na skrajnie niszowy temat klasyczna demonstracja mogłaby zgromadzić zaledwie kilkudziesięciu wtajemniczonych. Wydarzenie to musiało być kameralne, ale zarazem spektakularne, oryginalne i jak najbardziej artystyczne.
Rozpoczęły się przygotowania. W lokalu na ulicy Pięknej, który dostaliśmy od Piotra Ikonowicza, niejako w spadku po PPS-RD, była nasza główna baza. Idealna. Zaangażowane, zagraniczne plakaty na ścianach. Pod ścianami stosy ulotek i gazetek. W puszkach kleje i farby. Była nawet mini-kuchnia z nieodzownymi pustymi butelkami po alkoholu, świadczącymi o intensywności odbywających się tu konstruktywnych polemik i dyskusji. Podczas jednej z nich obmyślony został scenariusz happeningu. Jego fabuła miała być prosta, a symbolika powszechnie rozumiana.
Plan zakładał, że happening będzie parateatralnym przemarszem ucharakteryzowanych i przebranych postaci. Surrealistyczny korowód. Poszczególne postaci biorące udział w happeningu miały odpowiadać stereotypowym wyobrażeniom, tych amerykańskich typów osobowych, które według naszej oceny, w podjętych przez siebie społecznych rolach, przyczyniały się do negatywnych aspektów życia w USA i na świecie. W korowodzie nie mogło zabraknąć także ich ofiar.
W owym panteonie „oprawców” kapitalizmu i „skrzywdzonych” przez kapitalizm pojawili się: biznesmen – jako alegoria bezwzględności systemu, w biznesmena wcielił się Piotrek; żołnierz marines – symbolizujący amerykański imperializm i militaryzm, byłem nim ja; członek Ku Klux Klanu – symbolizujący rasizm i szowinizm, był nim Kynio; dyskotekowy kelner – symbolizujący służalczość i tępotę społeczeństwa amerykańskiego, był nim Roman; cheerleaderki – symbolizujące popkulturowy seksizm, w nie wcieliły się Agnieszka, Kasika, Czarny i Biały Sfinks.
Represjonowanych działaczy kontrkulturowych w USA reprezentowała grupa hipisów i anarchistów – w nich wcielili się nasi hipisi i kilku punków. Ofiary rasizmu symbolizował pomalowany czarną farbą Niby-Murzyn, którym na czas performansu stał się drugi Piotrek.
Główny rekwizyt stanowiły dyby sporządzone z płyt pilśniowych. Dyby te – było ich pięć – pomalowaliśmy w barwy narodowe USA i doczepiliśmy do nich stalowe łańcuchy.
Zamysł happeningu był taki, że owe dyby zostaną nałożone na ręce i na kark kilku alternatywnie ubranym ludziom – hipisom i punkom. Przytwierdzone do owego jarzma łańcuchy będą dzierżyć w dłoniach osoby stylizowane na „kapitalistycznych dręczycieli”. Po krótkim przemarszu przez Aleje Ujazdowskie, z Placu Trzech Krzyży pod ambasadę USA, owi zniewoleni ludzie wolnego ducha mieli zostać przykuci, razem z dybami, które dźwigali na swoich barkach, do bramy placówki dyplomatycznej Stanów Zjednoczonych.
Ku naszemu wielkiemu zaskoczeniu na happening przyszło dużo ludzi. Poza zaangażowanymi w akcję anarchistami, zjawiła się też młodzież licealna oraz studenci pierwszego i drugiego roku studiów. Ruszyliśmy spod pomnika Witosa i wolno, chodnikiem przemieszczaliśmy się w stronę ambasady amerykańskiej. Wszystko przebiegało zgodnie z przygotowanym scenariuszem. Kroczyliśmy radośnie, cheerleaderki machały pomponami, do rytmu grały werbelki i trąbka. Amerykański żołnierz wykrzykiwał sadystyczne komendy i niczym kolędniczy turoń, siał wokół siebie postrach, członek Ku Klux Klanu kopał Niby-Murzyna, przymilny kelner rozdawał ludziom Coca Colę, biznesmen szarpał trzymanych na łańcuchach, zakutych w dyby buntowników. Owca biegał z tubą po ulicy i głośno przez nią komentował odbywające się wydarzenie.
Przez całą drogę nie byliśmy niepokojeni przez ani jednego policjanta. Policji w ogóle nie było, jakby w urzędzie bezpieczeństwa raport o naszej akcji zapodział się gdzieś między innymi papierami. Oczywiście głośny korowód wzbudzał zainteresowanie wśród warszawiaków. Ludzie zatrzymywali się, patrzyli, pytali: „Po co?”, „A czemu tak?”, „Czy nam się chce?” i wracali do swoich spraw. Przedstawiciele prasy robili zdjęcia. Wcześniej udzieliliśmy wywiadu dla którejś z radiowych stacji.
W końcu bezpiecznie doszliśmy na miejsce. Pracownicy ambasady USA kompletnie nie rozumieli, co się dzieje, ale z zainteresowaniem oglądali wszystko z okien. Sponiewierane przez biznesmena i dodatkowo przez amerykańskiego żołnierza ofiary kapitalistycznego ucisku zostały przykute do bramy, zapłonęły pochodnie, na chodnik popłynęły strumienie lepkiej Coca Coli, a ubrane w minispódniczki cheerleaderki wykonały lubieżny taniec.
Happening się zakończył. Przybyli na happening widzowie rozeszli się. Odetchnęliśmy. Każdy element performansu całkowicie spełnił nasze oczekiwania – tak pod względem dramaturgicznym, jak i ideowym.
Kontrkulturowi więźniowie zostali uwolnieni, dyby z łańcuchami zostawiliśmy przytwierdzone do bramy ambasady amerykańskiej i przez nikogo nie zatrzymywani poszliśmy do parku po drugiej stronie ulicy.
Była sobota i była piękna pogoda. Gorąco. Na bezchmurnym niebie świeciło słońce. Na klombach kwitły kwiaty. Park pełen był ludzi: zakochanych par, matek z dziećmi i staruszków siedzących na ławkach. My usiedliśmy na trawie i zaczęliśmy mały piknik. Tej letniej, parkowej idylli oddało się około trzydziestu osób. Kluczowe postaci happeningu zdejmowały swoje kostiumy i zakładały własne ubrania, zaś reszta gawędziła wygrzewając się w przyjemnych promieniach słońca. Byliśmy zadowoleni i odprężeni. Zaczęliśmy się zastanawiać, co robić dalej w tak uroczym dniu. Może wspólne piwo? Może spacer nad Wisłą?
Nagle zza krzaków, zarośli i chaszczy rosnących dookoła wypadli ubrani na czarno, zamaskowani i uzbrojeni w pistolety maszynowe antyterroryści. Nacierali z każdej strony. Zaatakowali jak stado agresywnych buldogów. Rzucili się na nas. Zaczęli przewracać ludzi na ziemię. Tarmosili. Kopali. Przydeptywali. Wykręcali ręce. Skuwali kajdankami. Cóż z tego, że w parku było dużo takich, którzy nie mieli z happeningiem nic wspólnego. „Gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą” – powiedział mi jeden z funkcjonariuszy kierujących atakiem, gdy później zwróciłem mu uwagę na głupotę całej interwencji.
Jeśli parkowi spacerowicze nie mieli akurat dziecka na ręku i wyglądali na mniej niż pięćdziesiąt lat, byli, tak jak i my, powalani na ziemię i skuwani kajdankami. Dookoła zaczął się chaos. Rozlegały się krzyki drobnych licealnych dziewczyn w hipisowskich, kolorowych sukienkach, bezpardonowo obezwładnianych przez zamaskowanych osiłków. Dzieci płakały, gdy matki wziąwszy je na ręce uciekały przerażone sytuacją, w jakiej znalazły się one i ich wrzeszczące pociechy.
Po krótkim czasie pojawiły się wyjące i migające „kogutami” radiowozy, a wraz z nimi dziesiątki policjantów. Mnie skutego kajdankami powalono na ziemię, a któryś z antyterrorystów przycisnął butem moją głowę do żwirowego duktu. Mimo położenia, w jakim się znalazłem, gdy dotarło do mnie to, co się dookoła dzieje wybuchnąłem głośnym śmiechem.
– Panowie – odezwałem się chichocząc, do górujących nade mną komandosów – czy naprawdę uważacie, że jesteśmy aż tak niebezpieczni?
Podniesiono mnie z ziemi i zaczęto odprowadzać do policyjnej nyski. Miałem wyrwany kolczyk z ucha, a z miejsca po nim ciekła krew. Dookoła pobojowisko: porozrzucane ubrania, poprzewracane ławki i kosze na śmieci. Brakowało tylko krążących po niebie sępów. Zresztą zdezorientowane i zasępione miny przypadkowo aresztowanych spacerowiczów całkowicie rekompensowały brak tych ptaków.
Szedłem eskortowany przez trzech antyterrorystów wciąż nie mogąc powstrzymać śmiechu. Zobaczyłem, że inni prowadzeni siłą i skuci kajdankami uczestnicy happeningu zareagowali podobnie jak ja i ze śmiechu nie mogą ustać na nogach. Paranoiczna groteskowość sytuacji pozbawiła aparat przymusu całej pseudo-aury nadprzyrodzonej mocy, a agresję i przemoc odarła z jej tragicznego wymiaru.

]]>
http://blog.nowy-swiat.pl/?feed=rss2&p=2929 0
1 września http://blog.nowy-swiat.pl/?p=2926 http://blog.nowy-swiat.pl/?p=2926#comments Mon, 01 Sep 2014 09:58:41 +0000 http://blog.nowy-swiat.pl/?p=2926 The_Royal_Castle_in_Warsaw_-_burning_17.09.1939

1 września to teraz początek szkoły i koniec wakacji, ale oczywiście nie da się zapomnieć o tragicznym początku II wojny światowej. Nigdy chyba nie przestaniemy zastanawiać się, czy można było lepiej się przygotować militarnie, lepiej rozegrać dyplomatycznie, zawrzeć inne sojusze…

Chciałbym w związku z tym dziś przypomnieć duży fragment książki Tomasza Łubieńskiego „1939. Zaczęło się we wrześniu”:

Czy można było ustąpić Hitlerowi? Przeciwstawiono mu się wiadomo z jakim skutkiem, więc pytanie powraca tylko teoretyczne, czy nie należało, zamiast liczyć na odsiecz i przeceniać własne siły, raczej cofnąć się, poczekać do lepszej okazji. Czy jednak, tak jak się stało, walczyć bez względu na cenę, którą przyjdzie zapłacić.
Pytań o Wrzesień jest znacznie więcej, niż o Powstanie. Czy ówczesny rząd sanacyjny jest winny wrześniowej klęski?
Inaczej mówiąc, czy ponosi za nią odpowiedzialność, skoro nie chciał jej z nikim dzielić?

Czy się skompromitował? No, tak to wygląda. Niestety.
Czy wobec tego, opozycja miała prawo bezwzględnie, czasem nawet brutalnie rozliczać się z sanacją w chwili klęski narodowej, wykorzystać moment załamania państwa dla przejęcia władzy, eliminować ludzi z rządzącego przed wrześniem obozu, również tych którzy oddawali się nowemu polskiemu rządowi do dyspozycji?
Chyba nie było innego wyjścia.
A czy należało wypowiedzieć wojnę Związkowi Radzieckiemu, skoro Armia Czerwona 17 września przekroczyła naszą wschodnią granicę? Istnieje teoria, że wówczas oficerowie więzieni w Katyniu i innych obozach mieliby jasny status jeńców wojennych. A jednak wydaje się, że prawnicy stalinowskich służb bezpieczeństwa uporaliby się z tym problemem, skoro zapadła polityczna decyzja: „rozstrzelać”. Poza tym represje wobec obywateli wrogiego państwa mogły być jeszcze bardziej rozległe i ciężkie, a i tak niewiele im brakowało. Dokonywano przecież masowych aresztowań i wywózek.
Ale przyszło mi zmierzyć się z tym głównym pytaniem, tzn. czy należało bić się czy nie bić z Hitlerem, jeszcze dawno dawno temu, jeszcze w poprzedniej epoce, przed czerwcem 1989 roku, a prawie pół wieku po Wrześniu. Przy czym pytanie padło w agresywnej, spersonalizowanej formie. No proszę się przyznać, czy Pan, krytykując tutaj nasze powstania, nawet warszawskie, nie skapitulowałby przed Hitlerem? To co, może należało w ogóle poddać się Hitlerowi, skoro był o tyle silniejszy?
(…)
A może, jak to się stało w tym wypadku, czasem najtrafniejsza bywa pierwsza, instynktowna, niechby nawet trochę wymuszona ogólną atmosferą reakcja. Bo dzisiaj po latach utwierdziłem się racjonalnie w przekonaniu, że minister Beck, jakim by nie był ministrem, jako pierwszy w Europie czyli na świecie polityk, stawiając się Hitlerowi w imieniu Polski i swoim własnym, miał rację.
A pewności tej nabrałem, kiedy całkiem niedawno rozmnożyły się glosy na różne sposoby powątpiewające w słuszność owej zaskakującej zmiany linii politycznej polskiego ministra spraw zagranicznych, byłego podpułkownika artylerii konnej.
Bo czego tak na dobrą sprawę, zastanawiają się rewidenci historii, domagał się Hitler. W sumie niby nie tak wiele. Włączenia Gdańska do Rzeszy, czyli uznania niemieckości tego miasta, które akurat wówczas było jednym z najgorliwiej niemieckich, a nawet hitlerowskich miast. A więc potwierdzenia stanu faktycznego, choć zrozumiałe, że ani ten stan, ani ten fakt Polsce się nie podobał. Co do korytarza – stara sprawa, niemieccy politycy Treviranus czy Stresseman publicznie u siebie i przy wszelkich międzynarodowych okazjach podejmowali temat korytarza jako krzyczącą niemiecką krzywdę. Oto ten polski korytarz w sposób nienaturalny rozdziela Prusy Wschodnie od pozostałej ojczyzny. I Zachód współczuł, rozumiał te pretensje, a brytyjski premier Chamberlain już w 1925 r. stwierdził, że polski korytarz nie jest wart życia jednego brytyjskiego grenadiera.
I rzeczywiście dopiero polsko-niemiecki pakt o nieagresji, zawarty z Hitlerem w 1934 r., oznaczał przynajmniej zawieszenie na kilka lat spornych kwestii. Przez owych kilka lat Hitler cierpliwie nie podnosi gdańskich ani pomorskich problemów. Nawet w 1939 r., kiedy stosunki już są bardzo złe, czego zażąda prócz Gdańska, który całym sercem do niego należy? Eksterytorialnej szosy i linii kolejowej w poprzek korytarza. Logicznego ułatwienia niemieckiej komunikacji ze względów ludzkich i gospodarczych. A tym samym potwierdzenia istnienia korytarza. I być może sprawę dałoby się uregulować za pośrednictwem kilku bezkolizyjnych wiaduktów, przy której to okazji pełna polskiej fantazji myśl techniczna miałaby okazję dopełnić się z niemiecką akuratnością.
(…)
Wewnętrzną sprawą Niemiec była też na pewno krwawa rozprawa Hitlera z brutalnym i nieobliczalnym Ernstem Röhmem, w czym niektórzy obserwatorzy chcieli się dopatrzeć zwycięstwa nazizmu umiarkowanego. Co prawda, przy okazji zamordowano przeciwników Hitlera z innych ugrupowań, ale znalazł się wśród nich również wpływowy, a bardzo Polsce nieprzyjazny generał von Schleicher. Słowem Nowe Niemcy robiły u siebie porządki po swojemu i wygodniej było Europie myśleć, że jej to nie dotyczy. Przyjmowano do wiadomości pokojowe deklaracje Hitlera z nadzieją, że prześwitujące w nich gdzieniegdzie groźby nie przekreślają pojednawczej intencji. Politycy europejscy musieli przyznać Hitlerowi polityczną skuteczność, najwidoczniej wrodzoną, skoro jedyną szkołą, z którą miał do czynienia i to negatywnie, była Wiedeńska Akademia Sztuk Pięknych. A więc talent, który zawsze budzi respekt rutyniarzy.
Narodowosocjalistyczna rewolucja była w tym rozumieniu sprawą czysto niemiecką, nie eksportową i tym jej nacjonalistycznym ograniczeniem pocieszał się nawet światły polski liberalny dziennikarz Antoni Sobański, miłośnik niemieckiej cywilizacji i kultury, którego przerażał nazistowski antysemityzm, palenie książek, partyjne wiece i defilady.
Ale najwięcej inicjatywy w obronie pokoju przejawiał właśnie Hitler. Na otwarcie berlińskiej olimpiady wypuszczono w powietrze 20 tysięcy białych gołębi, które od dawien dawna były symbolem pokoju: Picasso nic tu oryginalnego nie wymyślił, po prostu narysował, już po wojnie, swojego wdzięcznego gołąbka. Walka o pokój, dla której trzeba było czasem pogrozić wojną, to zresztą ulubiona technika geopolityczna państw totalitarnych, osobiście dyktatorów. Przecież Stalin i jego satelici zaraz po wojnie zajmowali się walką o pokój, prowadząc zimną wojnę ze znacznym międzynarodowym powodzeniem. Co do mieszania się w sprawy wewnętrzne, przeciw czemu Beck występował w imieniu Polski, wszelkie władze, którym demokracja sprawia kłopoty, bardzo tego nie lubią. Dla Polski drażliwy problem mniejszości narodowych, raz po raz wywlekany na posiedzeniu Ligi Narodów stanowił również sprawę wewnętrzną. Owe mniejszości, prawie 1/3 polskich obywateli, nie zawsze były lojalne, jak również często źle traktowane. Skargi podnosiła głównie mniejszość niemiecka. I dopiero Hitler, póki prowadził z Polską swoją grę, czyli do czasu, potrafił wyciszyć te głosy. Właśnie w tym okresie pokojowego sąsiedztwa, jeden z przywódców mniejszości niemieckiej, Wiesner, nazwał Hitlera najbardziej oddanym i bezinteresownym przyjacielem narodu polskiego. A w wielu lokalach niemieckiej organizacji, obok portretu kanclerza Hitlera, wisiał portret marszałka Piłsudskiego.
Prowadząc ze wszech miar korzystną dla Trzeciej Rzeszy politykę obrony pokoju, musiał Hitler na ów czas rozmów i rokowań przeplatanych szantażami zapomnieć o swoich prawdziwych przekonaniach, które wyraził najpełniej w „Mein Kampf”. Ta pozycja powinna była dać wielu ludziom pobłażliwie śledzącym wydarzenia za naszą zachodnią granicą wiele do myślenia. Mówił tam Hitler, bez zbędnej hipokryzji, co naprawdę myśli i jaki los gotuje Słowianom po niemieckim zwycięstwie. Tymczasem przez parę lat musiał wdziewać owczą skórę. Mógł być sobą na parteitagach, czy w gronie zaufanych współpracowników. Ale na zewnątrz musiał sprawiać wrażenie obliczalnego reprezentanta zawsze przecież liczącej się w Europie niemieckiej racji stanu, wyraziciela aspiracji wielkiego europejskiego narodu, który zapewne przesadza z nienawiścią do Żydów, chociaż antysemityzm na starym kontynencie był całkiem popularny. Ale za to deklarował się Hitler jako przysięgły wróg komunizmu, którego wszyscy się bali. Z tego co wiadomo o cyklofrenicznej psychice Hitlera, to udawanie, przebieranie się, przywdziewanie i zdzieranie masek musiało go wiele kosztować. I myślę, że wreszcie z ulgą w końcu kwietnia 1939 r. wyrzucił z siebie, pod adresem Polaków, nie tylko czego od nich żąda, ale co naprawdę o nich myśli. Tej siły i szczerości oczekiwali od wodza już od dawna hitlerowcy, hamujący z trudem swoją narodowosocjalistyczną gotowość.

]]>
http://blog.nowy-swiat.pl/?feed=rss2&p=2926 0
Ile można zjeść surowych jabłek? http://blog.nowy-swiat.pl/?p=2919 http://blog.nowy-swiat.pl/?p=2919#comments Tue, 12 Aug 2014 11:58:33 +0000 http://blog.nowy-swiat.pl/?p=2919 okladka-3dKLIKNie będzie Putin pluł nam w twarz! ;)
Skoro Rosja blokuje nasze jabłka, winniśmy zjadać ich więcej – zwłaszcza, że są najsmaczniejsze na świecie. Ale ile można zjeść surowych jabłek? Zaraz, zaraz – dlaczego surowych?! Nasze mamy, babcie i prababcie korzystały z rozlicznych sprawdzonych przepisów, w których jabłka były w roli pierwszo- lub drugoplanowej. Kaczka czy gęś z jabłkami, szarlotki, dżemy i marmolady – to znamy doskonale. Ale przecież są jeszcze dziesiątki wspaniałych deserów, napojów alkoholowych i bezalkoholowych, a nawet… sery jabłeczne!
Przygotowaliśmy w związku z tym ponadstustronicowy ebook, który można otrzymać w prezencie (po rejestracji na stronie zdrowodosyta.pl).
Oto klasyczne przepisy polskiej kuchni – ponad setka receptur na wykorzystanie jabłek do wybornych potraw. Gorąco polecam!

PS
Można kliknąć w okładkę, albo w ten link.

]]>
http://blog.nowy-swiat.pl/?feed=rss2&p=2919 0
Z książką do poduszki http://blog.nowy-swiat.pl/?p=2916 http://blog.nowy-swiat.pl/?p=2916#comments Wed, 06 Aug 2014 07:52:30 +0000 http://blog.nowy-swiat.pl/?p=2916 qr-code

Idea ułatwienia czytelnikom dostępu do książek jest ze wszech miar godna pochwały. Jak daleko można się na tej drodze posunąć, pokazuje francuska firma Etam, znana z produkcji… bielizny.

Otóż od września Etam wypuści serię piżam i koszul nocnych opatrzonych qr-kodami. Jak się jakaś pani (bo nic nie słychać, żeby to było adresowane również do panów) położy do łóżka, to przed snem odczyta smartfonem qr-kod na bieliźnie i zaraz na wyświetlaczu pojawi się książka.

Dla tych, którzy nie mogą zasnąć Etam przygotował książki modnych autorów (francuskich oczywiście), laureatów różnych nagród z ostatniego roku (z nagrodą Goncourtów na czele).

A zatem nie ma co tracić czasu na sen!

]]>
http://blog.nowy-swiat.pl/?feed=rss2&p=2916 0
1 VIII http://blog.nowy-swiat.pl/?p=2912 http://blog.nowy-swiat.pl/?p=2912#comments Fri, 01 Aug 2014 09:14:33 +0000 http://blog.nowy-swiat.pl/?p=2912 palc_kras_1

Bez imienia

Oto jest chwila bez imienia:
drzwi się wydęły i zgasły.
Nie odróżnisz postaci w cieniach,
w huku jak w ogniu jasnym.
Wtedy krzyk krótki zza ściany;
wtedy w podłogę – skałą
i ciemność płynie jak z rany,
i w łoskot wozu – ciało.
Oto jest chwila bez imienia
wypalona w czasie jak w hymnie.
Nitką krwi jak struną – za wozem
wypisuje na bruku swe imię.

Krzysztof Kamil Baczyński

]]>
http://blog.nowy-swiat.pl/?feed=rss2&p=2912 0