Rosół

Wydawca 1 komentarz »

Na mój wczorajszy apel o wpisywanie ulubionych dań pojawiło się kilka nazw potraw. W domyśle – pysznie przyrządzonych. Ale nie zawsze pobyt w kuchni kończy się sukcesem. Przytoczę fragment z przygotowywanej właśnie do druku książki „Każdy by się chciał powiesić!”. W roli głównej – rosół.

Mam znajomą, której dziecko chodzi razem z moim synem do szkoły. Jakoś tak się dziwnie składa, że codziennie wracając ze szkoły, ze swoim synkiem, zagląda do mnie i już od progu krzyczy:
- Cześć! To ja, Kasia. Wpadłam tylko na chwilę. Mogę zostawić Krzysia? Lecę tylko na ryneczek, po zakupy.
Ja oczywiście się zgadzam, bo i co mam jej powiedzieć? Wiadomo przecież, jaki jest rytuał. Jak dziecko po sześciu czy siedmiu godzinach wraca ze szkoły, to jeszcze z tornistrem na plecach, krzyczy „jeść”. Ja o tym wiem i, umówmy się, no każdy powinien o tym wiedzieć. Ale nie Kasia. Skądże? Przecież jej Ksysio, to niejadek straszny, on to tylko chipsy by jadł i nic więcej. Ta, jasne!
- Cześć! To ja, Kasia. Wpadłam tylko na chwilę. Mogę zostawić Krzysia? Lecę tylko na ryneczek, po zakupy.
- Tak, oczywiście – zanim odpowiedziałam, już jej nie było.
Tylko, że dzisiaj był problem, bo ja przed chwilą wróciłam i nie zdążyłam ugotować obiadu, miałam wczorajszy rosołek, który miałam w planach podgrzać. Zupki było mało, miała wystarczyć dla małego.
Ale wiadomo trzeba nakarmić niejadka Krzysia, tylko czym? Nałożyłam makaron na dwa talerze i patrzyłam na rosół myśląc, jak go podzielić. No, nie da się. Wzięłam kostkę rosołową, której nigdy, przenigdy nie używam i nawet nie wiem, skąd miałam ją w domu. Rozpuściłam kostkę w szklance z wodą i wlałam do talerza Krzysia, ładnie przybierając marchewką z rosołku. Chłopcy usiedli dyskutując żwawo.
Nagle usłyszałam maleńki fragmencik:
- Ale wy tu, słone zupy macie. (Krzyś)
- Nie, coś ty? Pyszne, wcale nie słone – tłumaczyło z lekka oburzone, moje dziecko.
- Co ty gadasz? Ja nie mogę, to jest za słone.
- Jedz, nie można marnować jedzenia.
- Nie, bo mi się pić chce.
O, cholera! Złapałam opakowanie po kostce rosołowej i czytam. A tam jak wół „Kostkę rozpuścić w pół litra gorącej wody”. No, tak a ja dzieciakowi rozpuściłam w połowie szklanki! Poszłam szybko do dzieci i pytam:
- Zjedliście?
- Tak mamusiu. Ale wiesz, Ksysio mówi, że za słona i zostawił. Ale on się nie zna, bo jego mama wcale nie gotuje.
- Tak, Krzysiu? Za słona? – zapytałam.
- Tak, słona jak… sól. I ja nie mogę.
Złapałam talerze i wyniosłam do kuchni, żeby nie daj Boże Kasia po powrocie nie chciała dokończyć, albo spróbować, czemu Ksysio zostawił. Niepotrzebnie się martwiłam, bo jak tylko pojawiła się w kuchni, Ksysio krzyknął:
- Mamo, już mi nie każ więcej tu jeść, bo oni mają strasznie słone zupy!
Mina Kasienki bezcenna!

Co chcielibysmy zjeść?

Wydawca Komentarze: 4 »

Przeczytałem właśnie artykuł, że z powodu kryzysu i cieżkiej zimy, Polacy przestali chodzić do restauracji i wolą ugotować coś w domu, a na mieście wybierają fast-foody. Samodzielne przygotowywanie potraw jest ze wszech miar godne polecenia (gotowanie jest sexy!), z fast-foodami jest gorzej. Jak mawiała moja babcia: „za tanie pieniądze psi mięso jedzą” (wersja uwspółcześniona: „psie mięso jedzą”).
I pomyślałem sobie, że zapytam Państwa o Wasze ulubione potrawy. Pomidorowa, schabowy, sernik – czy krem szparagowy, sznycel cielęcy w marsali i tiramisu?
Bardzo proszę o podanie najbardziej lubianych potraw – samych nazw, niekoniecznie przepisów, choć te są oczywiście mile widziane. (Można jako ściągawkę wykorzystać serwis www.adamczewscy.pl)

Ciąg dalszy „Cichego zabójcy”

Wydawca Komentarze: 2 »

Już za miesiąc powróci Anna Hwierut, policjantka znana z powieści Izabeli Szolc „Cichy zabójca”.
Oto przedpremierowy fragment „Martwego punktu”:

Pierwszego dnia po powrocie komisarz Anny Hwierut z przymusowego urlopu zdrowotnego, w chaszczach nad dzikim brzegiem Wisły znaleziono zalany krwią samochód. Obok, we wczesno wiosennym wietrze stygła kałuża wymiocin pechowego rybaka-odkrywcy.
Krew tak dokładnie pokrywała tapicerkę tylnej kanapy, że jej właściwego koloru można było się tylko domyśleć. Ktoś błyskotliwie zauważył, że w oplach Vectra (to był samochód tej marki) fotele obciągnięte są wyłącznie skórą. Niewątpliwie pracował tu jakiś garbarz. Czy raczej rzeźnik. Krew była ludzka, grupa A Rh +.
Policjanci niecierpliwie czekali, aż Wisła odda zwłoki, albo zostanie zgłoszone zaginięcie. „Tyle krwi”, pasjonowali się mężczyźni. Anna miała ochotę namówić ich na eksperyment: niech wyleją szklankę życiodajnej cieczy na kuchenny blat. Wszystko utonie w czerwieni.
250 ml – tyle krwi kobieta traci przy porodzie. Anna rodząc swojego syna (były powikłania) zaczęła krwawić w nocy. Pamiętała, że w świetle księżyca krew jest czarna.
Nikt nie zgłosił przestępstwa. Opel Vectra miał sfałszowane tablice rejestracyjne i przebite numery silnika. Przemyt z Niemiec. Polacy uwielbiali kupować auta za zachodnim brzegiem Odry, bo były tańsze niż w kraju. Odra, Wisła – w każdym razie trop wystygł.
Jeśli na komendzie pojawiała się jakaś dyskusja, to o nowym Audi A4 Avant („Przestrzeń, która fascynuje”), planach reaktywacji Forda T (sugerowana cena nie więcej niż 7 tys. dolarów) oraz skrętom pana premiera (również T).
Anna żałowała, że Mariola, sekretarka i powiernica, nie wróciła jeszcze do pracy, po tym jak poturbowano ją na ulicach śródmieścia. Mogłaby poruszyć jakiś „babski” temat: na przykład co u państwa Sarkozy?
Śledztwo utknęło w miejscu i raptem funkcjonariusze zaczęli przypominać sobie o morderczej „przygodzie” Anny. Ho, ho: na oczach syna zadźgała mordercę i gwałciciela! Ho, ho: wielki szef Pietrzak za uszy wyciągnął ją z kotła wewnętrznego śledztwa. Na moment przywrócił do służby, aby po chwili znowu wysłać do domu. Niech zmywa niewidzialną, ale obecną krew z podłogi. Niech pucuje ręce…
Lady Macbeth z prawobrzeżnej Warszawy? Raczej uciekinierka z Wyspy Trędowatych.

Teatr jest bez sensu

Wydawca 1 komentarz »

Dziś premierowy wiersz z przygotowywanej do druku nowej książki Joanny Szczepkowskiej.

Teatr jest bez sensu

Początek przedstawienia. Ściśnięta w czarnym pudełku
jeszcze słyszę tamtą karetkę na szczęście domknięto drzwi.
Karetka śpiewa we mnie i tamto co się rozprysło na jezdni co się złożyło w śpiący kłębek
przed sobą widzę kolegę jego żona szalem zakrywa ramiona – też widzieli
ich złączona sylwetka gaśnie przede mną.
Zaczyna się dramat słów .litery trzeszczą jak małe kości – ich przebieranki ich histerie powietrze duszne z miłości – przerwa.
- Mogę Cię prosić? – chwila zawodowej rozmowy z kolegą na boku
żona wpatruje się w szklankę wody
za mną przechodzi smuga dobrych perfum
widzę jego schylenie głowy, rękaw, odsłonięty zegarek, niedostrzegalny ruch dłoni
oczy zamglone widzę tej osoby
żona dopija wodę. Dzwonek
wracamy w czarne pudełko
tak szczelne, że światło
ściśnięte w kwadrat pachnie kurzem
i nawet nie słychać jak za ścianą

tamta karetka milczy

Dziś albo za tydzień

Wydawca Komentarze: 2 »

Dziś (albo za tydzień) mija 200 rocznica urodzin Fryderyka Chopina (i w związku z tym rok szopenowski etc.).
Dlaczego data jest niezbyt pewna? Sam kompozytor podawał się za urodzonego 1 marca, ale w księgach parafialnych wpisany jest 22 dzień lutego. Kto się pomylił – pianista (który był przecież bardzo mały i mógł dokładnie nie pamiętać) czy kościelny organista, w którego gestii leżało dokonywanie wpisów? Nieważne, każda okazja dobra, by posłuchać muzyki Chopina, do czego niniejszym zachęcam.

WP Theme & Icons by N.Design Studio - Polski Wordpress
Aktualności RSS Komentarze RSS Zaloguj się