Jak zapowiedziałem, byłem wczoraj nad morzem. 10 minut, bo zaraz musiałem się pakować z powrotem. Nie udało mi się natomiast wrócić wieczorem, tylko w nocy, stąd dzisiejszy wpis jest mocno opóźniony.
Pobyt zatem jak pobyt, ale ta podróż… Tydzień temu postanowiłem kupić bilety. Zajrzałem do rozkładu na stronie pkp.pl. Jest pociąg do Gdyni o 6:50 (potrzebuję co prawda dostać się do Jastarni, ale z Gdyni to już rzut beretem). Ok, klikam na tej samej stronie zakładkę umożliwiającą zakup biletów przez internet. Nie ma pociągu o 6:50. Jest za to o 6:40. Sprawdzam numer pociągu. Ten sam. Odjeżdża o dwóch różnych porach z tej samej stacji? Niezrażony, usiłuję kupić bilety. Ze zniżką „rodzina”, bo jadę z dziećmi. Nie ma zniżki. Szukam w instrukcji. Instrukcja głosi, że zniżka „rodzina” jest tak skomplikowana, że nie można takiego biletu kupić przez internet. Dobrze, jadę zatem do kas Intercity na Grójeckiej. Przyjechałem, odstałem swoje w kolejce, kupuję. Przy okazji pytam, która z godzin odjazdu jest prawdziwa. „Na pewno nie 6:50; może 6:40, ale ja panu radzę być przynajmniej o 6:30″. Wpadam w lekką panikę, bo jeśli Intercity nie wie, kiedy ich pociąg odjeżdza…
Na dworzec przyjechałem o 6:20. Miałem zatem czas, by przestudiować rozkład jazdy. Rozkład jest wydrukowany, ale wszystkie niemal dane są pozmieniane odręcznymi dopiskami. Mój pociąg ma przyjechać na Centralną o 6:35, ale do Gdyni ma dotrzeć nie o 11:20 tylko o 12:40. Trudno – i tak większego wyboru nie mam.
Pociąg przyjechał, jechał i dojechał. Potem przesiadka, dotarcie na miejsce i zaraz bieg na stację, żeby kupić bilet powrotny. Pociąg przyjeżdża dziesięć po piątej, więc zdążyłem zjeść turbota (bo jakoś nie ma już fląder), postać 10 minut na plaży i zapakować się do wagonu.
W wagonie było już mniej wesoło. Skład sprzed lat, o klimatyzacji nie ma co marzyć; albo okno jest zamknięte i w przedziale jest kuchenka mikrofalowa, albo otwarte – i wiatr urywa głowy. Wspominam, jak się kiedyś podróżowało (w ścisku na korytarzu) i jakoś mi to pomaga.
Na trochę. Mija godzina, mija druga, trzecia, czwarta, piąta… Czy ktoś z Państwa zgadnie ile godzin jedzie się z Jastarni do Warszawy ekspresem Intercity (400 kilometrów)? Mija szósta godzina podróży, mija siódma, powinniśmy już być, ale za oknem zalew Zegrzyński, mija ósma. Wreszcie – po ośmiu godzinach i jeszcze pół, docieram do Warszawy.
I pytam się – dlaczego nie ma już I sekretarza? Wysłałbym mu list ze skargą. Bo teraz do kogo mam pisać? Do PKP? Odpiszą mi, że remont torów, że składy są różne i będą modernizowane, bla, bla bla. A ja chciałbym tylko wiedzieć, dlaczego w roku 2010 pociąg ekspresowy pokonuje 400 km w osiem i pół godziny i nawet usiąść nie można wygodnie?