W czasie mojego jednodniowego pobytu nad morzem w mogłem zjeść rozmaite ryby. Gorzej, że wiele z nich pochodziło nie z Bałtyku. (Można nawet zjeść stek z rekina). Dlaczego? Przyzwyczajenia turystów, czy…
Poniżej fragment przygotowywanej do druku książki Marzanny Nowakowskiej „Polskie safari”.

„Jedzcie dorsze, g… gorsze” – woła radośnie mój 80-letni teść ilekroć ta szlachetna ryba ląduje na naszym stole. Wtóruje mu teściowa, o dekadę młodsza, i obydwoje wspominają uniwersyteckie czasy. To zapadające w pamięć hasło ukuli niedługo po wojnie biedni studenci, którym w barach i w stołówkach bezlitośnie serwowano dorsza przez wszystkie dni tygodnia. Stanowił on wówczas tanie i łatwo dostępne źródło zwierzęcego białka. Wskakiwał do sieci nawet, jeśli chciało się złowić cokolwiek innego. W północnych, zimnych morzach jego połowy liczono w setkach tysięcy ton. Tymczasem wyniszczona trzoda chlewna jeszcze nie zdołała się odrodzić. Powód był prosty. Tempo rozmnażania krów czy świń jest znacznie mniejsze niż ryb.
Dorsz należy do najbardziej płodnych ryb świata. Nawet najmniejsze samice w jednym sezonie rozrodczym wytwarzają pół miliona jaj każda. Największe – aż 9 milionów! Tyle naliczono u dorszowej matki ważącej 34 kg. Składa je w kilku „rzutach” i za każdym razem uważnie dobiera samca, któremu pozwoli polać mleczem uwolnioną do wody ikrę. Jajo, które nie spotka plemnika jest zmarnowane. Zapłodnienie milionów jaj wymaga setek milionów plemników. Z ich masową produkcją radzą sobie tylko naprawdę męskie ryby. Jak konkurent udowadnia ile jest wart? Musi zatańczyć i zaśpiewać!
Zaloty dorszy odbywają się w głębinach, jakieś 100 m pod powierzchnią morza. W dużym tłoku – jedna ryba na metr sześcienny wody – samce kuszą samice. A jak która zainteresuje się zalotnikiem, ten z uciechy wywija kilka piruetów, po czym przystępuje do autoprezentacji. Ustawia się bokiem i zastyga, prężąc muskuły. Samica przebiega wzrokiem ciało przyszłego partnera od zaostrzonego pyska z filuternym wąsikiem na podbródku, poprzez marmurkowy grzbiet o odcieniach szarych, oliwkowych, czerwonawych, ogląda jaśniejsze boki z szeroką linią boczną – jasną, łukowato wygiętą nad płetwami piersiowymi. Samiec prezentuje płetwy składając i rozkładając je jak tancerka flamenco wachlarze. Ich rozmiar dowodzi męskości. Im są większe, tym lepiej. Chwilę później porywa wybrankę do tańca.
Prowadzi w górę, w dół, kręci esy-floresy, a wszystko w takt mruczanda, które wydobywa się z jego brzucha. Za buczenie odpowiadają trzy pary potężnych mięśni wprawiających w drgania ścianki pęcherza pławnego. Donośność i harmonia dźwięku stanowią ostateczny test tancerza. Jeśli go zda, dochodzi do zbliżenia. Partnerzy jakby fruną w wodzie. Płetwa przy płetwie. Nagle opadają, by po chwili ulecieć nieco w górę. Samica pod spodem, samiec brzuchem pociera jej grzbiet. Wtedy ona odwraca się, odchyla głowę jak w ekstazie, on obejmuje jej pierś płetwami, dotykają brzuch do brzucha i… chmury ikry i mleczu wyskakują niczym fajerwerki.
W Bałtyku takie ekscesy mają miejsce w głębiach Bornholmskiej, Gotlandzkiej i Gdańskiej, gdzie ryby przybywają skuszone największym zasoleniem wody. Większe stężenie soli daje pewność, że jaja będą unosić się w wodzie, a nie opadną na dno. Ale nawet w pełnosłonych morzach dorsze mają swoje ulubione tarliska. Przybywają do nich w ławicach, na których czele znajdują się największe, półtorametrowe sztuki. Za nimi ciągną młodsze. Naukowcy wierzą, że smarkate dorsze uczą się tras migracji od starszych, bardziej doświadczonych. Niektóre przyłączają się do zalotów dorosłych już w drugim roku życia, ale pełnię dojrzałości osiągają w szóstym. Są już wtedy jednymi z najbardziej żarłocznych i bezwzględnych drapieżników morskich.
Przysmakiem dorszy są inne ryby, kraby i wieloszczety, czyli morskie kuzynki dżdżownic. Same najbardziej boją się rybackich sieci, które przetrzebiły ich niezliczone ławice. Na stoły trafiają coraz mniejsze i młodsze sztuki. W połowach sprzed ćwierć wieku 10-letnie okazy stanowiły większość. Dziś należą do rzadkości. To zły sygnał. Oznacza bowiem, że wśród dorszy brak naprawdę dużych, a więc płodnych rodziców. Romantycznym kochankom grozi wyginięcie. Żeby temu zapobiec jest prosty sposób – trzeba ograniczyć połowy. Zrobiliśmy rodzinną naradę i postanowiliśmy wstrzymać się z kupowaniem tej ryby do czasu, aż wyjaśni się sprawa połowów ponad wyznaczony limit. „Ratujmy dorsze, wszak nie są gorsze!” – zawołał mój teść, choć jakby mniej entyzjastycznie. A ja nie śmiałam zapytać – żal mu gatunku czy tych kanapek z wędzonym dorszem, majonezem i cytryną.