Tajemniczy fragment

Jak co pewien czas – dziś fragment przygotowywanej do druku książki. Nie ujawniam szczegółów (te podam niebawem).

Na osiedlu postawili budkę z lodami. Mały drewniany kramik z kolorową markizą. Czasem z budki wyglądała całkiem ładna kobieca głowa i wołała zachęcająco:
- Lody, lody dla ochłody!
Albo:
- Chodźcie do budki, bo za minutkę zamykam budkę!
I dzieciaki leciały na łeb na szyję, pchały się do małego okienka, od którego po chwili odchodziły dumne i przejęte, trzymając w dłoniach wafelek z misternie ukręconą słodką masą.
Mała dziewczynka z rudymi warkoczami podeszła do kiosku. Ściskała w ręku monetę –
dużą aluminiową złotówkę. Słońce grzało piekielnie, więc dziewczynka schowała się pod markizą i wciąż ściskając w spoconej dłoni pieniążek, spytała sprzedawczyni:
- Są czekoladowe?
Lodziarka ściągnęła brwi i nagle wydała się dziecku wcale nie taka ładna. Miała rude włosy, poklejone od upału, twarz jakąś wykrzywioną, wystające zęby. No i ten naszyjnik. Na krótkim łańcuszku zaczepiony srebrny smok zdawał się posykiwać cicho. Dziewczynka się wzdrygnęła, lecz nie zrezygnowała z lodów, bo upał był przecież koszmarny.
- Śmietankowe tylko – fuknęła lodziarka.
To nie był dobry wybór i dziewczynka o tym wiedziała. Nie da żadnej złotówki za śmietankowe lody, choćby sama miała rozpuścić się w tym słońcu. Śmietankowe są niedobre, mdłe, bez smaku.
- Może waniliowe? – spróbowała jeszcze raz, a sprzedawczyni kręcąc głową, jeszcze bardziej zbrzydła.
- Owocowe?
I nagle lodziarka się uśmiechnęła. A zęby miała wystające jak wampir. Kły, czyli zębowe trójki wystawały z ust kobiety i straszyły dziecko. Smok znów syknął i syknęła sprzedawczyni:
- Owocowe owszem.
Dziewczynka podniosła rękę i położyła na ladę zaciśniętą pięść, przezornie nie wypuszczając z ręki monety. Lodziarka zdjęła wafelek z wierzchołka wafelkowej wieży i podstawiła pod srebrny dozownik. Potem złapała wajchę, przesunęła ją do siebie.
Maszyna zaskrzeczała, zasyczała i wypuściła szarobrązową, cuchnącą maź do wafelka. Kolejne gluty wypadały z dozownika, a wyglądały jak małże.
Dziewczynka ścisnęła monetę i cofnęła rękę.
- Co to za owoce? – spytała podejrzliwie.
- Owoce morza – odparła lodziarka, po czym zbrzydła ostatecznie. Nie miała już włosów, tylko pomarańczowe kolce, kły jej urosły jak u wilka, naszyjnik rozsyczał się na dobre.
I nie wiadomo, co ją tak rozbawiło, że zaczęła się trząść ze śmiechu, a wraz z nią cała ta rachityczna budka.
Dziewczynka odskoczyła spod markizy i zrozumiała, że ekspedientka jest czarownicą. Wiedźmą. I już chciała uciekać, jednak słońce tak strasznie paliło, że ucieczka wydała się niemożliwa. Wróciła więc zrezygnowana pod markizę.
Wiedźma pstryknęła palcami, domagając się zapłaty za loda.
- One dinar – zasyczała.
Jaki dinar, u diabła? Skąd mam dinara wytrzasnąć? Przecież mam tylko złotówkę. Chyba jesteśmy w Polsce, tak, czy nie?
- Nie – wyjaśniła lodziarka i wskazała brodą na zewnątrz.
Dziewczynka się rozejrzała. A wokół był tylko piach. Kurz. Żółto-szary, bezkresny pył pustynny. Pył ten wszędzie się wciskał, do oczu, do ust, do nosa. Drażnił śluzówki, sprawiał ból.
I słońce tak paliło, faktycznie, jak na Saharze.
Dziewczynka chciała się znów schronić, jednak stwierdziła, że się pod markizą już nie mieści.
- Urosłaś – zauważyła wiedźma. – Z tym, że nie dorosłaś, ha, ha, ha – znów zaniosła się śmiechem.
Duża, więc nazwijmy ją: dziewczyna żachnęła się tylko, położyła na ladę zapoconą złotówkę i powiedziała rzeczowo:
- Gazetę poproszę.
Czarownica spoważniała, posłusznie wyjęła zza saturatora zmiędlony egzemplarz.
Gazeta zapisana była drobnymi niezrozumiałymi szlaczkami, przypominającymi arabskie pismo. Na pierwszej stronie gazety widniało zdjęcie. Zdjęcie było wyraźne, niemal jaskrawe, więc dziewczyna zamiast zbesztać kioskarkę „co to za barbarzyńska prasa”, ciekawie pochyliła się nad gazetą. Fotografia przedstawiała rozpędzony srebrny samochód z białymi rejestracjami i był to chyba opel. Na masce opla leżał młody mężczyzna. Ktoś uchwycił moment zderzenia, bo w otwartych, choć już martwych oczach malowało się jeszcze zdumienie.
Dziewczyna nie znała arabskiego i nie umiała przeczytać informacji pod zdjęciem. Nie musiała. Znała imię ofiary i imię to wrzasnęło w jej głowie z ogromną siłą, jakby w obawie, że je kiedyś, być może, zapomni.

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Wykop
  • Śledzik

2 Responses to “Tajemniczy fragment”

  1. zooloza Says:

    nno… zapowiada się interesująco:))

  2. 22.11.2010 Last Minute « Sylwia Kubryńska Says:

    [...] http://blog.nowy-swiat.pl/?p=1058 [...]

Leave a Reply