Premiery, premiery (4) – „I”

okladka-i-malaTo właściwie i premiera, i nie, bo książka ukazała się już całkiem dawno. Chodzi o „I” Michała Orzechowskiego, który wydaliśmy w postaci książkowej w roku 2004. Teraz „I” wraca jako ebook. Kiedy Or wyruszy w wielką podróż, nie będzie przeczuwał, dokąd go zaprowadzi droga – Pacyfik, Indie, Tybet, czy może gdzieś jeszcze dalej i jeszcze wyżej? Nawet nie zna pytań, na które otrzyma odpowiedzi. Czym jest otaczająca go rzeczywistość? Co można odebrać komuś, kto nie ma nic? Czy kobieta, którą spotka w swojej wędrówce, jest jego przekleństwem, czy przeznaczeniem? Czy lepiej walczyć ze sobą, czy też o siebie? Jak bardzo toksyczna może być Rodzina? Co – albo kto – jest sensem wszechświata? Czy jedyną spuścizną po naszej cywilizacji będą żurnale mody i pisma kobiece? Od czyjego apetytu jest to uzależnione? Co go czeka na szczycie Windy, na Ostatniej Stacji? I czy jest ktoś, gdzieś tam w górze, kto potrafi na wszystkie pytania odpowiedzieć?

Przeczytajmy początek książki:

Obudził go straszliwy krzyk. Przez szum Miasta, dzwony kościołów, głośną muzykę, przekrzykujących się ulicznych sprzedawców przebił się wrzask, wycie tak okropne, że zdawało się, iż wszyscy na chwilę zamilkli i słuchali przerażeni.
Or zerwał się, szybko ubrał w swój wytarty drelich policjanta, chwycił do ręki pałkę i wyskoczył na ulicę.
Było prawie południe, słońce stało wysoko, paląc niemiłosiernie. Tłum na ulicach Miasta był rzadszy, sto milionów ludzi zdołało już dotrzeć do swoich miejsc pracy i szkół, więc Or dość szybko przebijał się w kierunku, skąd dobiegały krzyki i zawodzenie.
W miarę jak roztrącając przechodniów parł do przodu, jego niepokój przeradzał się w pewność – coś stało się w domu Sklepikarza Hoobaka.
Sklepikarz Hoobak był jego znajomym i wraz ze swoją córką o uroczym spojrzeniu i ciepłym uśmiechu – przynajmniej dla Ora – prowadził niewielki sklepik w oknie swojego maleńkiego mieszkania. O ile kilka kartonów biszkoptów i długie, cienkie świece wyłożone na parapecie, można było nazwać sklepem.
Przed małym, jak wszystkie w okolicy ubielonym wapnem, domem Hoobaka zgromadził się tłum. Wołając donośnie „Policja!” i odsuwając na boki gapiów, Or przecisnął się do drzwi.
W przedpokoju było ciemno, kroczył więc niepewnie, macając przed sobą rękami, odsuwając kolejne kotary i moskitiery. Nagle potknął się o coś miękkiego na podłodze. Pochylił się – to był Sklepikarz Hoobak.
Leżał skulony, trząsł się i płakał. Or dotknął jego ramienia.
– Co tu się stało? Okradli was? Przecież jesteście tak biedni? Co wam mogli zabrać?
– Każdemu… można zabrać… co mu… najdroższe… – Wychrypiał cicho Hoobak i rozpłakał się znowu.
Or odsunął zasłonę i wszedł do pokoju. W ciemnym, dusznym pomieszczeniu pełnym krzyczących i biegających ludzi, przy oknie przysłoniętym moskitierą, na łóżku nieruchomo leżała córka Hoobaka, z twarzą przykrytą zakrwawionym płótnem. Wszędzie było pełno zawiniątek, paczek, skrzyń, donic z rosnącymi warzywami. Czyjeś ręce szybkim ruchem narzuciły kawałek tkaniny na stojącą w kącie niedużą, drewnianą klatkę, w której gdakała kura. Spod powały zwisały pęki ziół, jeszcze bardziej zaciemniając wnętrze pokoju. Starsza kobieta, wyżymająca zakrwawioną szmatę do miski, odwróciła się, spojrzała na niego i poznawszy, podeszła bliżej. Płakała, łzy ciekły jej po spuchniętej i zaczerwienionej twarzy.
– Co się stało? – Spytał Or, czując jak nogi uginają się pod nim.
– Oczy. Ukradli jej oczy. Handlarze.

„I” można kupić np. tutaj (jako epub) lub w Amazonie (jeśli ktoś używa Kindle’a).

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Wykop
  • Śledzik

Leave a Reply