To była inna planeta

pocztowki-okladka500pxZanim Autor rozpoczyna swą opowieść, informuje czytelnika: To nie jest science fiction. Wszystkie opisane tu wydarzenia naprawdę miały miejsce, wszystkie rozmowy odbyły się rzeczywiście, wszystkie osoby – mimo zmienionych nazwisk – są autentyczne. Zwłaszcza młodym ludziom trudno będzie dziś w to uwierzyć. Całe szczęście, że nie znają tamtej planety…
Rzeczywiście – czy ktoś, kto nie żył w czasach PRL-u, byłby w stanie uwierzyć, że po mięso (tylko na kartki) ustawiały się kilkusetosobowe kolejki albo że legalne wynajęcie mieszkania było – ze względu na skomplikowane przepisy meldunkowe – prawie niemożliwe.
Kto nie zna tamtych czasów, może sobie poczytać, kto zna, może powspominać.
Oto fragment książki „Pocztówki z innej planety” Wojciecha Letkiego:
Pewnego wieczora znów ktoś załomotał do drzwi. Było to pukanie silne i zdecydowane, inne niż niemrawe chrobotanie zniszczonych życiem pijaków.
– Heńka nie ma – zawołałem.
– Otwierać, milicja! – odpowiedział młody głos.
Serce podeszło mi do gardła. Szybko otworzyłem drzwi. Do mieszkania weszli dwaj rośli milicjanci w szarych ortalionowych płaszczach. Z sieni powiało chłodem; wydawało mi się, że mgła wtargnęła za nimi.
– Kim pan jest? Dowód proszę – rzucił władczo jeden z nich i spojrzawszy na pobladłą Ewę dodał: – Pani też pokaże dowód.
Nie pytając o zgodę wmaszerowali do pokoju. Jeden został przy drzwiach i uważnie lustrował otoczenie, drugi rozsiadł się na tapczanie, wertując nasze dowody osobiste. Śliniąc palce kartkował te wyświechtane zielone książeczki i zapisywał coś w notesie.
– No proszę, ślubu nie macie – powiedział nagle oskarżycielskim tonem z nieukrywaną satysfakcją.
Szczęka mi opadła. Mogłem spodziewać się wszystkiego, ale nie tego, że stróże prawa wystąpią w roli obrońców moralności socjalistycznej. Z czasem zrozumiałem, że takie zjawisko nie jest wcale rzadkością. Niemal każdy, kto miał prawo sprawdzać nasze dowody osobiste – a takich osób było nadspodziewanie wiele – czuł się upoważniony do wygłoszenia komentarza na ten temat. Urzędniczka w kadrach, recepcjonistka w hotelu czy domu wczasowym, facet wynajmujący kawalerkę musieli koniecznie stwierdzić „państwo nie mają ślubu”; niektórzy znacząco przy tym mrugali. My zaś musieliśmy nauczyć się to znosić.
Spojrzałem na zmieszaną Ewę i zrobiło mi się przykro, że nie mogę jej obronić. Stanowczo nie powinna być obiektem tak prostackiej agresji.
– To nie przestępstwo – odpowiedziałem. – Zresztą już niedługo weźmiemy ślub.
– Ale nie jesteście tu zameldowani – stwierdził milicjant. – Co robicie w tym mieszkaniu?
– Pilnujemy – odpowiedziałem zgodnie z przygotowaną wcześniej wersją. – Heniek – to znaczy pan Budzanowski – wyjechał gdzieś do pracy, a my pilnujemy jego mieszkania przed złodziejami. Prosił nas o to.
– Gdzie pan pracuje? Aha, urząd patentowy… A pani? Wydawnictwo archidiecezji? Co tam się drukuje, pewnie książeczki do nabożeństwa?
– „Przegląd Katolicki” – mruknęła Ewa.
Było to nowy tygodnik, ukazujący się zaledwie od kilku miesięcy. Jako jedyny w Polsce miał wówczas ambicję drukowania sprawozdań z trwającego właśnie procesu zabójców księdza Popiełuszki. W praktyce jednak polegało to na odwożeniu do cenzury gotowych stron, które następnie wracały puste. Cenzor usuwał całą treść i redakcja musiała zaczynać pracę od początku. Było to bardzo czasochłonne. Czasem, gdy nie dało się jakoś zakazu ominąć, drukowano po prostu pustą stronę z tytułem i oznaczeniem cenzorskiej ingerencji.
Milicjanci spojrzeli po sobie. Siedzący zanotował coś i znowu zapytał:
– Gdzie Budzanowski?
– Przecież mówiłem, że wyjechał gdzieś do pracy – odpowiedziałem. – Powinien wrócić za miesiąc albo dwa.
– Co pan mi tu pieprzy – wydarł się na mnie milicjant. – Do jakiej pracy? On w życiu ani tygodnia nie przepracował! Albo mi go wystawicie, albo ja was zaraz wystawię na podwórko razem z gratami!
– Spokojnie, panowie! – zawołałem. – Przecież nie robimy nic złego. To już mieszkania nie wolno przypilnować znajomemu?
– Trzeba mieć zameldowanie – odpowiedział. – Owszem, wasz sąsiad się cieszy, że tu nie ma już meliny. Pytałem. Ale i tak zameldowanie trzeba mieć. Bez zameldowania nie wolno przebywać dłużej niż trzy dni.
– Chyba, że wystawicie nam Budzanowskiego – dodał ten spod drzwi i podał mi karteczkę. – Tu jest numer. Macie zaraz zadzwonić, jak tylko Budzanowski przyjdzie.
– Po co on panom? – zapytałem.
– Nie bądź pan taki ciekawy – warknął milicjant. – Mamy do niego sprawę. Wy tylko zadzwońcie i już.
Ten siedzący wstał, rzucając na stół nasze dowody osobiste. Obaj podeszli do drzwi. W progu przystanęli.
– Nawet ładnie odnowiliście – powiedział ten piśmienny – ale jak Budzanowski mieszkał tu z żoną, to było ładniej.

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Wykop
  • Śledzik

Leave a Reply