Kiedy prawda zlewa się z fikcją…

noc-rosnie-okladka500pxW piątkowym wpisie pisałem o niebezpiecznych związkach, gdzie relacje damsko-męskie nie układają się prosto.
Oto kolejny przykład. Mikołaj, młody idealista u progu kariery naukowej, usiłuje na nowo ułożyć sobie życie w kilka miesięcy po tragedii, która odebrała mu wszystko. Dla Julii, ambitnej, początkującej pisarki, skrywająca sekrety przeszłość Mikołaja to wymarzony temat na niebanalną powieść. Jej ciekawość zostanie jednak wystawiona na próbę – Mikołaj pilnie strzeże swoich tajemnic. Jak daleko wypada posunąć się, by rozwikłać tajemnice drugiej osoby? I gdzie przebiega granica między prywatnością, wścibskością, a doskonałym materiałem literackim?

I oczywiście co ma się komplikować, to się komplikuje. Przeczytajmy dłuższy fragment:
Telefon zadzwonił tuż po pierwszej i dzwonił uparcie, wyrywając go z zachłannych szponów tej demonicznej lektury. W końcu dał za wygraną i odebrał.
– To ja, Julia. Mam pilną sprawę. Jestem w bibliotece i potrzebuję pliku, który zostawiłam w laptopie. Mógłbyś mi podesłać?
– Nie ma sprawy, powiedz tylko, gdzie go znajdę.
– Na pulpicie jest folder „Paperback Writer” i tam powinno być „Opowiadanie_009”. Zupełnie zapomniałam, że muszę je oddać najpóźniej dziś wieczorem, a jeszcze nie naniosłam poprawek.
– „Opowiadanie_009”? Okej, zanotowałem. Sprawdź pocztę za jakieś 5 minut.
– You’re a lifesaver – powiedziała pieszczotliwie, po czym odłożyła słuchawkę.
Mikołaj wziął na kolana nadgryzionego zębem czasu laptopa Julii. Podczytywał Jelinek, kiedy komputer się włączał, a w końcu jego oczom ukazał się pulpit, którego tło stanowiło dziwaczne stare zdjęcie w kolorze sepii ukazujące roześmianego mężczyznę stojącego na stołeczku, ubranego w pokraczny kostium muchy. Fotografia miała w sobie coś niepokojącego, ale nie potrafił stwierdzić, co dokładnie. Na pewno doskonale współgrała z ekscentryczną naturą Julii. Czasami trudno było dotrzymać jej kroku, ale przynajmniej nigdy się z nią nie nudził.
Na pulpicie panował istny chaos: programy, foldery, pliki i odnośniki do stron internetowych opadały kaskadami z góry na dół, otaczając tego kuriozalnego człowieka-muchę. Z trudem odnalazł nazwany w hołdzie Beatlesom folder, o którym mówiła przez telefon. Kliknął w niego dwukrotnie i jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przeniósł się w magiczny świat opowieści Julii, gdzie również panował niezły bałagan. Zamiłowanie do porządku kazało Mikołajowi posortować pliki w kolejności alfabetycznej, dzięki czemu z łatwością odnalazł dokument, którego potrzebowała. Wysłał go na jej adres, tak jak o to prosiła. Nie miał wątpliwości, że teraz należało laptopa zamknąć, odłożyć na miejsce i dalej czytać Jelinek, ale kusiło go piekielnie, żeby rzucić okiem na choćby jedno króciutkie opowiadanie Julii. Oto leżał przed nim klucz do puszki z jej wyobraźnią, nęcąc go, szepcąc mu do ucha, zapraszając, by zajrzał do środka. Niepomny na doświadczenia Pandory, zaczął wertować pliki, opowiadania i eseje, w większości jeszcze bez tytułów. Zżerała go ciekawość, chciał wiedzieć, nad czym obecnie pracowała. Z satysfakcją stwierdził, że najnowsze opowiadania przejawiały większą niż dotąd dojrzałość pod względem formy i treści. Intrygujące fabuły, postacie z krwi i kości, zaskakujące zabiegi literackie. Zdążył przewertować kilka plików, gdy trafił na folder opatrzony własnym imieniem. Początkowo myślał, że to kapryśny wzrok płata mu figla. W ustach uczuł nieprzyjemny posmak. Miał jeszcze szansę zachować się przyzwoicie i nie zajrzeć do środka, ale kto przy zdrowych zmysłach postąpiłby tak na jego miejscu? Łudził się, że zawartość folderu nie miała wiele wspólnego z jego osobą, a tytuł był tylko wyrazem luźnych asocjacji. A z drugiej strony, jeżeli napisała coś, co mogło go dotyczyć, to miał przecież prawo poznać prawdę. Szybki rzut oka pozwoli mu ocenić, czy te obawy mają pokrycie w rzeczywistości. Folder podzielono na trzy części, z których jedna była jeszcze pusta, a dwie zawierały kilka kolejno ponumerowanych dokumentów o różnej długości. Z przerażeniem odnotował, że są to rozdziały powieści. A więc Julia pisała powieść! I choć zmieniła imiona oraz niektóre fakty, choć ubarwiła nieciekawe wątki, a brakujące informacje i nieznane sobie okoliczności ulepiła w taki sposób, by tworzyły spójną całość, to bez wątpienia pisała właśnie o nim. Ona rzecz jasna też tam była, wzorowana na niej bohaterka starała się dociec prawdy i pociągać za sznurki. Kolejne pliki opowiadały życiorys Mikołaja od momentu, w którym jego świat rozpadł się na kawałki, kładąc nacisk na znajomość z Julią. W przerażających szczegółach opisała niemal każdą chwilę, którą przyszło im spędzić razem, nie szczędząc nawet sekretów alkowy. Słodkie i gorzkie chwile przeplatały się ze wspomnieniami, o których nie pamiętał, żeby kiedykolwiek jej opowiadał. Może to również była sprawka Jamesa? Ale przecież nawet James nie mógł wiedzieć takich rzeczy. Czyżby Julia była aż tak wprawna w zgadywankach? Najwyraźniej nie docenił jej talentu pisarskiego, a może raczej detektywistycznego. Po raz kolejny został przez nią oszukany. Irytacja zaczęła zalewać go od środka. Prosił Julię o coś, a ona postępowała dokładnie na odwrót i zawsze za jego plecami. Nie mieściło mu się w głowie, że była zdolna przetrząsnąć szuflady w jego domu ani to, że przez tyle miesięcy wiedziała o wypisie z kliniki psychiatrycznej i nie zająknęła się o tym słowem. Nie rehabilitowało jej nawet to, że zapewniała w książce o sile swoich uczuć w stosunku do niego. Brzydził się własną naiwnością. Z jakiegoś powodu Julia ubzdurała sobie, że napisze o nim powieść i parła do celu, po trupach. Cała ona! Tylko dlaczego w ogóle interesowała się jego życiem? Owszem, nie brakowało w nim dramatów, ale w rzeczywistości, w której prasa, telewizja i Internet pompują ludzkie tragedie z czułością pneumatycznego młota, jego własny życiorys zdawał się Mikołajowi co najwyżej przeciętny. To, co zrobiła Julia było niewybaczalne, a mimo to z zapartym tchem czytał kolejne rozdziały. Zdawało mu się, że albo oszalał, albo przeniósł się do równoległej czasoprzestrzeni, z której mógł obserwować własne poczynania. Nie wiedzieć jak, kiedy i dlaczego stał się bohaterem powieści, postacią literacką. Jeszcze nigdy nie miał tak silnego poczucia odrealnienia. Obserwowanie własnego życia z takiej perspektywy, z punktu widzenia czytelnika, nadało otaczającej go rzeczywistości wymiar schizofreniczny, absurdalny. Kontury otaczającego go świata wydawały się dziwnie zamglone i niewyraźne. Ale przecież był tu naprawdę, był człowiekiem z krwi i kości, stąpającym mocno po ziemi i dałby sobie rękę uciąć, że ma wolną wolę; to nie mogła być iluzja. Nie był marionetką i nikt nie pociągał za sznurki przytroczone do jego bezwolnych kończyn ani nie mówił mu, co ma myśleć, mówić i czuć, w jaki sposób postępować. Wierząc, że tak właśnie jest, brał zawsze pełną odpowiedzialność za swoje czyny. Dotychczas kierował się w życiu tymi zasadami, a teraz znienacka znalazł się w podwójnej, wypaczonej rzeczywistości, w chorym śnie, do którego rozwiązania to nie on sam, ale Julia zdawała się mieć klucz. Z wrażenia zaschło mu w gardle; wstał z podłogi i udał do kuchni, żeby nalać sobie wody. Wypił duszkiem dwie pełne szklanki i zdołał się trochę pozbierać. Otaczający go świat istniał naprawdę, Mikołaj był w stanie go dotknąć, na upartego nawet posmakować. Doktor nauk humanistycznych w zakresie literaturoznawstwa umiał chyba odróżnić życie od fikcji literackiej? Do znudzenia powtarzał studentom, żeby pod żadnym pozorem nie mieszali tych dwóch pojęć! Ile razy sam słyszał to od wykładowców! A teraz, jak na ironię, granica między życiem i fikcją zdawała się niebezpiecznie zacierać w jego umyśle. Mimo kompletnej dezorientacji postanowił kontynuować lekturę. Nie przeczytał jeszcze całości, ledwie pierwszą część. Druga okazała się znacznie gorsza. Jeżeli w tym, co wyczytał, ukryte było choćby ziarnko prawdy, to znaczyło, że był po prostu ślepcem, że znów dał się omamić, a dwoje najbliższych mu ludzi, ukochana kobieta i najlepszy przyjaciel, bezceremonialnie wbili mu nóż w plecy. Długo nie dopuszczał do siebie tak potwornej myśli. W uszach dzwoniło mu konradowskie: „Oh, the horror!”. Nic jednak nie było w stanie przygotować go na wstrząs, jakiego doznał, widząc tytuł jednego z rozdziałów drugiej części. Jedynego rozdziału w całej powieści opatrzonego tytułem! Mind the Gap złowieszczo tańczyło mu przed oczami, przywołując wyłącznie bolesne wspomnienia. Napis ten, przestrzegający pasażerów przed szczeliną pomiędzy krawędzią peronu, a wejściem do pociągu, w którą łatwo wpaść nogą, nieodłącznie kojarzył się z londyńskim metrem. Niejeden nieuważny podróżny skręcił w ten sposób kostkę, albo i gorzej. Jednak słowa mind i gap mogły mieć znacznie więcej znaczeń, które atakowały go teraz zajadle: umysł, rozum, intelekt, pamięć, poczytalność, świadomość oraz przerwa, przełęcz, luka, rozbieżność, przepaść. Zrobiło mu się niedobrze od natłoku przykrych skojarzeń. Myślami wrócił do wyrwy, jak powstała w jego umyśle po eksplozji, która odebrała mu wszystko. Drżącymi rękami otworzył dokument. Serce waliło mu jak opętane, spocił się jak mysz, ale nie było odwrotu, nie mógł nie czytać dalej.

Kto chce przeczytać całość, zapraszam do kupna książki albo ebooka.

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Wykop
  • Śledzik

Leave a Reply