Rzeźby w maśle

rzezby-okladka-500pxMałe prozy Arkadiusza Frani intrygują tytułem – „Rzeźby w maśle”. Autor wyjaśnia:
W umyśle, w maśle rzeźbię. Ile we mnie jest prawdy o mnie? […]
Świat wokół mnie rozpływa się jak rzeźby z masła. Gdy podskakuje temperatura, figury jełczeją, słowa rozpaćkane, ludzie rozlaźli. […]
Świat się rozpuścił. Rozpuścił czy rozbestwił? Rozpuścił. Śliskie twarze zsuwają się z luster na podłogę.

Pozwolę sobie zacytować w całości jedną z miniatur.

Spadek czytelnictwa

Piątkowe popołudnie. Pierwszy dzień października. Pociemniało od chmurności i zimności. Synoptycy wieszczyli śnieg w połowie listopada. Umówiliśmy się z Kasią L. przy McDonald’zie (podoba mi się ten niepoprawny zapis, może redaktor lub korektor uznają, że w słusznej słowotwórczej sprawie zastosowałem zasadę licentia poetica), obok domu handlowego „Centrum”, przy przystanku autobusowym. Za winklem znajdował się bar chiński, pralnia chemiczna „Mewa”.

Agatka pokazywała palcem ptasi punkt i mówiła, żebym w poniedziałek nie zapomniał odebrać wyczyszczonych marynarek – usługa zapłacona. Czekaliśmy, minuta do uzgodnionej godziny siedemnastej trzydzieści. Mieliśmy iść na promocję czterech książek do prywatnego teatru. Kasia L. spóźniła się. Nie powinniśmy być zaskoczeni, bo uprzedzała, że zawsze nie zdąża. Nadeszła energicznym, sprężynowym krokiem. Miała w ręku dwa albo trzy liście, którymi do nas machała. Odmachnęliśmy rękami bez liści. Trochę nam głupio, że tak bez liści. Przywitaliśmy się. Agatka mnie przedstawiła. „Kaśka L.”, „Arek F.”.
Teatr odwiedziliśmy po raz pierwszy. Wchodziło się z ulicy Kilińskiego, za drzwiami kilka kroków korytarzem prosto, w dół, potem w prawo albo w lewo, ponownie schodami niżej, w ziemię. Odgłosy turlającej się kuli bilardowej zwiastowały bliskość miejsca docelowego. Za torami do bowlingu galaktycznie oświetlony bar, na wprost rozsuwane automatycznie wrota. Dalej były widownia i scena oraz trzy godziny przeżyć literackich. W dawnym parkingu undergrand właściciel-koneser-miłośnik sztuk-biznesmen urządził teatrum. Z klasą, z atmosferą.
Jeszcze przed wejściem, na ulicy spotkaliśmy Ryszarda S., jednego z bohaterów wieczoru. Opublikował u swojego przyjaciela „wszystko w jednym” (poeta, prozaik, wydawca, animator, grafik) zbiór tłumaczeń poezji nadbajkalskiej, rzecz bez precedensu na lokalnym ryneczku księgarskim. Ryszard S. był z żoną, później się okazało, że także z córką Natalią i zięciem. Poeta odpalił papierosa, zaciągnął się, a pani Ania sprawiała wrażenie uradowanej. Na salę wkroczyliśmy powoli, rozglądając się. Upatrzyliśmy sobie stolik na podeście. Nie było jeszcze zbyt wielu osób, więc mieliśmy w czym wybierać. Większość prowadziła rozmowy na stojąco, grupkami. Agatka poprosiła o wodę mineralną, niegazowaną, bez cytryny, nie z lodówki. O dwudziestej powinna popić bardzo ważny lek dużą ilością płynu, bo ma wąskie gardło i na sucho nie da rady, od razu się krztusi. Mnie natomiast udaje się łykać bez popicia. Dziwne uczucie, gdy tabletka przykleja się do skóry w przełyku i ślamazarnie zsuwa do żołądka. Pastylka może wypalić tkankę. Przecież to czysta chemia! Stawia na nogi i niszczy. Wykonałem zadanie, od siebie dodając słomkę w kolorze węgla, to znaczy zabrałem z pojemnika z różnobarwnymi słomkami. Usiedliśmy, ale zaraz znowu poszedłem do baru, który w duchu nazwałem „Las Vegas”, kupiłem dwie herbaty, czarne, z cytryną, dla Kasi L. i dla mnie. Obserwowałem, jak barman wkłada do czajniczków torebki, zalewa je wrzątkiem z ekspresu. Czajniczki wzbudziły mój podziw. Nałożone na duże filiżanki stanowiły wysublimowaną, estetyczną całość. Dotąd nie widziałem takiego rozwiązania, ale ja, jak mawia Agatka, nigdy niczego nie widziałem, nigdy niczego nie słyszałem, nigdy niczego nie jadłem, nigdy niczego nie piłem, tak się dziwię, odstawiam taką dziewicę-dziwicę.
Pojawił się Rafał „Jeżyk” Kasprzak i zapytał, skąd u nas napitki. Zdradziliśmy sekret. Jeżyk wrócił z kawą. Ruszyło widowisko. Właściciel lokalu przedzierzgnął się w konferansjera. Rozmowa. Skąd pomysł, jakie plany artystyczne, jak się układa pożycie ze światem, po co komu taka wrażliwość, niespokojność, wyczuwalność wariactwa. Fragmenty książek recytował aktor. Agatka i Kasia L. stwierdziły, że dziwnie wymawia „r”. Taka koncepcja, myślę, ale Agatka jest logopedą, a Kasia L. po retoryce, więc pewnie coś nie uszło ich uwadze. Słowo mówione przetykano słowem umelodyjnionym, z akompaniamentem gitary. Piosenkarka ponoć miała złamaną „jedynkę”, ząb, to na pewno złośliwość, gdyż nie świstało, za to wiało. Klimatyzacja grała i dmuchała-pobierała. Zimna cyrkulacja powietrza. Po dwóch autorach dziesięć minut przerwy. Jakiś pan dyskretnie odsunął czarną kurtynkę czającą się z boku, przed nami szwedzki stół. Małe kanapeczki pochłanialiśmy masowo. Jadło się z coraz bardziej ssącym głodem. Wino czerwone i białe, ciastka, soki. Z uwagi na zdiagnozowany refluks, zgodnie z zaleceniami lekarskimi, Agatka nie pije takich trunków, co nie przeszkadza jej w drodze rekompensaty kulinarnej zjeść inne potrawy z czarnej listy: kanapki z szynką, serem, oliwkami. Ser, najgorszy to ten ser. Już przy stoliku dojedliśmy resztę. Agatka naliczyła 13 niezdrowych szaszłyczków – tyle na talerzyku uzbierała wykałaczek. Moje trofeum liche: raptem 6, Kasi L. chyba 8. Jeżyk nie krył smutku, gdy stwierdził, że kelner sprzątnął mu niedopitą kawę. Organizator odciągał widzów i słuchaczy od platerów, półmisków, salaterek, zapraszał na miejsca. Zaczęła się druga część promocji. Połowa widowni po bankiecie zdezerterowała. Byliśmy najedzeni i weseli, dodatkowo Jeżykowi schła poplamiona sokiem jabłkowym koszula. W trakcie nabierania kanapek obróciłem się za nerwowo i szturchnąłem go, więc płyn skropił tkaninę. Potem jeszcze przypadkiem ubrudziłem mu spodnie czubkiem buta.
Impreza zakończyła się około dwudziestej drugiej. Wzięliśmy płaszcze z szatni. Na odchodnym Agatka z Jeżykiem znowu zapalili po papierosie. Kiedy kierowałem się do toalety, wyszedł z niej znany pisarz, który gościł Czesława Miłosza we własnej osobie, na zdjęciach występował wspólnie z Włodzimierzem Odojewskim i Wojciechem Żukrowskim. Podaliśmy sobie dłonie na powitanie-pożegnanie. Znany prozaik wyszedł na powierzchnię jak po drabinie. Wyjście było inne niż wejście: z foyer po schodach wprost na ulicę. Ja z palaczami wymknąłem się za kilka minut. Kasia L. została, chciała zebrać autografy i podyskutować o literaturze. My nie kupiliśmy żadnej książki. Nie dziwota, że spada w Polsce czytelnictwo, jeśli społeczeństwo nie interesuje się ani poezją, ani prozą.

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Wykop
  • Śledzik

Leave a Reply