Warning: Parameter 1 to wp_default_scripts() expected to be a reference, value given in /wp-includes/plugin.php on line 546

Warning: Parameter 1 to wp_default_styles() expected to be a reference, value given in /wp-includes/plugin.php on line 546
każda książka to nowy świat (notatki z życia wydawcy) » Blog Archive » Ku krańcom

Ku krańcom

ku-krancom-okladka500pxZa oknem straszliwy upał, zapowiadają się dwa tygodnie bez deszczu. Warto zatem sięgnąć po książkę, która przeniesie nas w krainę chłodu. Oto podróżnicza opowieść „Ku krańcom”. Autor, porzuciwszy dobrą pracę w Anglii, wyrusza z plecakiem w kierunku Japonii. Jednak przedarcie się przez Rosję okazuje się zbyt skomplikowane. Perypetie wizowe sprawiają, że bohater książki, zupełnie nieoczekiwanie dla siebie, obiera kurs na Finlandię.

Poczytajmy:

W międzyczasie zrobiło się już dosyć późno i całą okolicę owiała gęsta mgła. Na twarzy dało się wyczuć delikatną mżawkę, do tego zrobiło się wyraźnie zimnej. Skrycie się pod dachem jedynego w okolicy pubu okazało się jednak niemożliwe, jako że był on zarezerwowany dla pary młodej, która właśnie opijała wejście w związek małżeński. Błąkając się po Pÿha zwiedziłem też, a może raczej po prostu trafiłem na, nieczynny o tej porze roku, wyciąg narciarski. Widoczny był tylko początek stoku, dwa słupy służące do podtrzymania wyciągu i nic więcej. Spacer po okolicy nie trwał więc zbyt długo.

Wszystko to wzmocniło moje poczucie, że oto wreszcie dotarłem do prawdziwej Laponii. Miejsca gdzie ludzie faktycznie żyją, organizują się, chodzą na koncerty do hotelu, biorą śluby i tak dalej. Nie mogłem się jednak cieszyć zbyt długą tą esencją, bo deszcz, który zaczął w międzyczasie padać, wzmagał się z minuty na minutę, stając się coraz bardziej dokuczliwym. Wróciłem więc do namiotu, maszerując wzdłuż tej samej drogi, po której wcześniej jechaliśmy z Timem. Zmęczenie dawało o sobie znać, dlatego nie minęła nawet chwila, a ja już byłem w objęciach Morfeusza. Pamiętam jeszcze, jak gdyby w półśnie, dźwięk podjeżdżającego pod dom samochodu, prawdopodobnie z Iną wracającą z koncertu.
Następną rzeczą, którą pamiętam, już dużo wyraźniej, była spadająca na me czoło kropla. I jeszcze kilka potem. Rozejrzałem się po namiocie. Nie wyglądało to wesoło. Tworzące konstrukcję płachty przylegały do plecaka i śpiwora, przemakając i wlewając w ten sposób deszczówkę do środka. Nade mną również gromadziły się solidne kałuże, które, co gorsza, przeciekały. Materiał wykorzystany do budowy namiotu okazał się całkowicie beznadziejny, nie dając sobie rady z napierającym przez ostatnie kilka godzin deszczem. Tymczasem na zewnątrz wciąż dało się słyszeć rozmowę Iny z jej chłopakiem. Może jednak nocowanie u nich w domu to nie był wcale taki zły pomysł i niepotrzebnie tak pochopnie odrzuciłem jej wcześniejszą propozycję?
– Cześć, musiałem wyjść, bo namiot przesiąkał – powiedziałem wychodząc im na przywitanie.
– Aha, ale wszystko już w porządku? – odpowiedział masywny jegomość z lekkim blond zarostem.
– Hmm… no tak, jeszcze tylko poprawię śledzie i woda nie powinna już kapać do środka.
– No i dobrze.
Przyznaję, że nasza krótka rozmowa nie potoczyła się specjalnie po mojej myśli, ale co tam. Zabrałem się do ratowania namiotu. Było to jednak zajęcie beznadziejne, bo śledzie równie łatwo wchodziły do grząskiej, mokrej gleby, jak i z niej wyskakiwały, gdy z drugiej strony powstawało naprężenie. Jednakże, po usunięciu nagromadzonej z wierzchu wody, oraz zakryciu miejsc, przez które przeciekało najwięcej deszczu, postanowiłem spróbować zasnąć raz jeszcze.
Może godzinę albo dwie później, obudziłem się już w jednej wielkiej kałuży. Było to dla mnie zdziwienie nie lada. Fakty potoczyły się naprawdę szybko. Śpiwór nasiąkał coraz mocniej wodą, podobnie z plecakiem. Nie mogłem już ułożyć się w taki sposób, by nie dotykać mokrego materiału, a narastająca obawa przed całkowitym zamoknięciem nie pozwalała mi na powrót do snu. Zresztą nie było już warunków do przebywania w środku. Moja karimata praktycznie pływała po nagromadzonej wodzie. Należało jak najprędzej stamtąd zwiewać, ratując przed totalnym przemoczeniem co tylko się dało.
Na zewnątrz zaczynała się poranna szarówka, było już więc w miarę widno. Ina oraz jej chłopak najwidoczniej poszli spać, bo dookoła panowała głucha cisza. Mokre do cna ubranie stawało się z każdą chwilą coraz większym problemem. Kurtka była zupełnie przesiąknięta wodą i wolałem ją zdjąć. Buty natomiast wręcz chlupały podczas chodzenia. To w połączeniu z niską temperaturą otoczenia oscylującą w granicach siedmiu do dziewięciu stopni, oraz intensywnym wiatrem powodowało, że czułem nieustający chłód i dreszcze.
Nie mając lepszego pomysłu, pobiegłem w kierunku nieczynnego sklepu, by chociaż na chwilę znaleźć schronienie pod jego zadaszonym wejściem. Stojąca tuż obok stacja benzynowa okazała się być samoobsługową, nie mogłem więc liczyć na szansę ogrzania się przy którejkolwiek z jej części. A sklep otwierano dopiero o dziesiątej, czyli za kilka godzin. Czekałem tylko kiedy zacznę kaszleć, stojąc w tym opustoszałym o tej porze miejscu, bez żadnego pomysłu na przyszłość. Jedyne na co mogłem po cichu liczyć to na to, że gdy tylko wszyscy wstaną, ja swoim godnym współczucia położeniem przekonam Inę, by pozwoliła mi ogrzać się i wysuszyć. Pogoda bowiem nie ulegała poprawie, w dalszym ciągu pozostając paskudną.
Działało to rzecz jasna na moją niekorzyść. Nie mogłem się nawet wychylić spod wiaty zamkniętego sklepu. Deszcz w dalszym ciągu padał, ubrania w dalszym ciągu były mokre, a ja czułem się coraz bardziej zmęczony i niewyspany. Co gorsza oszukany przez własny namiot. Wiedziałem, że płacąc za niego niewielką cenę nie mam co się spodziewać rewelacji, ale na litość boską, producent powinien zapewnić przynajmniej wodoodporność sprzedawanego przez siebie materiału!
Gdy w końcu wybiła dziesiąta, ja z niecierpliwością patrzyłem się przez szybę sklepu by dostrzec jakiś ruch. Niestety, wszystko pozostało w dalszym ciągu zamknięte. Brak żywego ducha oraz pogaszone wewnątrz światła sugerowały niewielkie szanse na rychłe dostanie się do środka. Przyjechała nawet jakaś grupa turystów ze Szwecji, aby oddać puste butelki po piwie i zakupić nowe, lecz niestety musieli odejść z kwitkiem. Potwierdzili jednak moje obawy, że sklep powinien być już czynny.
Co za niefortunny zbieg okoliczności. Sklep łaskawie spóźnia się z otwarciem akurat, kiedy ja przemoczony potrzebuję na gwałt się ogrzać. W międzyczasie przed domem, w którym mieszkała Ina, zaczął się jakiś ruch. Była to nieznana mi dwudziestokilkuletnia para. Wyciągali rowery, postanowiłem więc ruszyć im naprzeciw. Nie liczyłem na zbyt wiele, ale z drugiej strony, poza czekaniem i tak nie miałem specjalnie wiele do roboty, a nie chciałem później żałować, że nie zrobiłem niczego, by chociaż podjąć próbę wyjścia z tej mało ciekawej sytuacji. Być może mogli mi na przykład powiedzieć czy Ina już wstała, ewentualnie po prostu coś zasugerować. Jednak gdy tylko zacząłem wyjaśniać o co chodzi i co się stało, dziewczyna ku mojemu zaskoczeniu całą sprawę skwitowała jednym zdaniem:
– Idź do środka i niczym się nie przejmuj.
– Na pewno będzie to w porządku?
– Oczywiście! Tam teraz nocuje pełno ludzi, ja sama wielu nie znam.
Pożegnałem zatem dopiero co poznaną parę, po czym dyskretnie, powolutku, wślizgnąłem się do przedsionka, gdzie wreszcie mogłem na chwilę odpocząć. Ahh… wreszcie ciepło, sucho i przyjemnie. Mógłbym zostać tam cały dzień i z pewnością bym nie narzekał. Nie było mi to jednak dane, bo gdy tak po cichu krzątałem się przy wejściu segregując rzeczy kompletnie mokre i nadające się do wyciśnięcia od tych, które tylko zostały przesiąknięte wilgocią, wypatrzyła mnie kolejna, nieznana mi kobieta, tym razem na oko przed czterdziestką i trochę przy kości.
Od razu, zapytała co też tutaj robię w przedsionku i słysząc o mojej niedoli zasugerowała, abym wszystko co jest mokre, zaniósł najlepiej do sauny. Nie chciałem się narzucać, lecz z drugiej strony, kto wie jak długo sklep miał pozostać zamkniętym. A że żadna inna metoda suszenia nie może nawet równać się w skuteczności saunie, nie stawiałem oporu zbyt długo. Być może mógłbym nawet w ten sposób podsuszyć swoją jedyną parę butów, w tej chwili przemoczoną do cna.
Wspomniana kobieta uruchomiła cały mechanizm grzewczy, a ja przystąpiłem do znoszenia poszczególnych ubrań, samemu przy okazji wykorzystując nagrzane ławy, by osuszyć własne ciało. Zdecydowałem się również na krótki prysznic, by następnie przystąpić do przygotowywania kanapek z tego, co akurat zostało mi w plecaku, porzucając ostatecznie wcześniejsze skrępowanie oraz uczucie niezręczności. Być może niepotrzebnie, bo gdy już trochę się rozsiadłem, kręcąc w okolicach kuchennego aneksu oraz zajmując swoimi sprawami niczym jeden z domowników, po schodach do salonu zeszła Ina. Widząc mnie, jak krzątam się na dole, najpierw dyskretnie poprosiła bym wyszedł z nią na zewnątrz, by tam następnie stwierdzić:
– Przepraszam, ale mój chłopak powiedział mi, abym nie zapraszała cię do mieszkania. Chyba ci nie ufa.

A kto chce wiedzieć, jak to się skończyło, może książkę kupić tutaj.

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Wykop
  • Śledzik

Leave a Reply