Jak zostałem bażantem

jak-zostalem-bazantem-okladka-500pxSprawdziłem – i okazało się, że umknęła mi ta książka. Nie pisałem o niej wcześniej, a szkoda – bo dla wielu czytelników jest ona okazją do wspomnień (a dla innych – do poznania bliskiego-nieznanego świata).
Otóż „bażantami” nazywano absolwentów wyższych uczelni, odbywających obowiązkowe przeszkolenie wojskowe. (Oczywiście było to w latach słusznie minionych). To co innego niż poborowi po szkole – mowa o ludziach dojrzałych, niepokornych, stykających się z machiną wojskową, siłą rzeczy niechętną takim postawom.
Humor, absurd, groteska, ale i czasem dramat – to wszystko znaleźć można w książce, której fragment poniżej:

Blisko trzydzieści par ciężkich buciorów rytmicznie uderzało o zmrożony asfalt. Czwórki łamały się co rusz. Przy zakrętach, przy wyprzedzaniu ugrupowań symulujących marsz, wreszcie przy śmietnikach, które bezczelnie kusiły co bardziej zmęczonych do raptownego czmychnięcia na stronę w celu zregenerowania oddechu pośród baterii cuchnących kontenerów.
Starałem się nie wpaść na gościa podążającego przede mną. Trzymałem dystans, nie za twardo stawiałem kroki i usiłowałem ogarnąć rzeczywistość ogłupiałymi zmysłami, które najpierw wyrwano ze snu pośrodku nocy, a następnie – bez najmniejszego pytania – wygnano na powietrze marsjańskie. Widziałem czerwone uszy kamratów, parę buchającą ze wszystkich ust i krótko wystrzyżone głowy. Pijane cienie słaniały się tępo, gdyśmy jedną za drugą mijali latarnie. Rwane rozmowy, krótkie komendy i brzęk rozdrobnionego żołdu w niezliczonych kieszeniach polowych mundurów. Wszystko zlewało się w jeden absurdalny cwał.

Poprawiłem szalokominiarkę osłaniającą krtań. Była to zgniłozielona, śmierdząca naftaliną tkanina o kształcie długiego rękawa. Swą dziwaczną nazwę zawdzięczała, jak nieraz sobie w duchu mniemałem, uniwersalnym możliwościom zastosowania. Można było, starannie składając ją wzdłuż, używać niby szalika, można też było, naciągając przez głowę, osłaniać chytrze całą czaszkę. Przeznaczenie było zatem szerokie, zależne od akcji, na jaką się szło, lecz z rana, podczas rozruchu fizycznego, wykorzystywaliśmy zazwyczaj wariant pośredni. Czyli rękawa na szyi bez zasłaniania twarzy, a to dlatego, iż manifestowanie się szalokominiarkami na porannej zaprawie było niedozwolone, po drugie zaś, tak czy siak, ograniczało znacznie pole widzenia.
(…)
Zasuwaliśmy bez ładu i składu po ostatniej prostej. Nawet zrównoważonemu na ogół przodownikowi udzielił się nastrój dziwnego podniecenia, gdyż finiszował jak inni. Wielu myślami było już chyba przy porannej toalecie, poprawianiu rejonów wewnętrznych, a może i przy śniadaniu, gdy raptem – podstępnie wyskoczywszy zza budynku pralni – drogę przeciął nam podstarzały chorąży. Miał prostokątną plakietkę wpiętą w panterkę na wysokości serca i pełnił, jak mogliśmy śmiało przypuszczać, służbę. Z pagonów z gwiazdkami, ale w obwódkach, łatwo można było wydedukować, iż gość opóźniający nasze zasłużone udanie się na krótki odpoczynek występuje w charakterze nie byle kogo, bo pomocnika oficera dyżurnego jednostki.
– Stać! – ryczał. – Stać! Zatrzymać ten pluton!
Wyhamowaliśmy i zwiesiliśmy głowy. Służbista zbliżył się do nas.
– Co to ma być? – wrzasnął. – Wojsko czy banda przygłupów? No? Ściągać mi już te szalokominiarki!
Zły na siebie, zły na żołnierskich kompanów i zły na kretyńskie przepisy zdjąłem swój śmierdzący naftaliną ochraniacz z krtani.
– Ściągać szalokominiarki! – komenderował głośno pomocnik oficera dyżurnego jednostki. – Ściągać i układać je tu! – świsnął, machając zamaszyście raportówką. – Pod tym drzewem!
Teraz już byłem bardzo zły. Nie tylko dlatego, iż toaleta nam się opóźnia, ale i dlatego, iż w nonsensownych okolicznościach muszę się rozstawać z powierzonym mi podczas wcielenia mieniem.
– No co jest, panowie? – burzył się chorąży. – Przecież niepotrzebne są wam te szalokominiarki! No już je składać! Ma być chujowo, ale jednakowo! A w ogóle to od kiedy na rozruchu wolno w szalokominiarkach? No od kiedy?
Skoro tak, nie było rady. Rozkaz to rozkaz. Podobno za niewykonanie grożą dwa lata. I oczywiście, jak w podobnych sytuacjach bywa, zrobiło się malutkie zamieszanie. Szyk czwórkowy zupełnie się rozleciał. Muszę przyznać, iż nie wszyscy mieli ze sobą służbową szalokominiarkę (pomni regulaminowych ostrzeżeń), ale ci, którzy mieli, dostali od wysoko postawionej figury jasne przykazanie i generalnie stosowali się doń (choć przy odpowiednim refleksie, bezczelności i brawurze można jeszcze było w ostatniej chwili skorzystać z przepastnej kieszeni morowych spodni).
A że posłuszeństwo, flegmę i bojaźń mam we krwi, schyliłem się niechętnie i położyłem na wydeptanym śniegu, tuż obok kolegów, moją przydziałową szalokominiarkę. Starałem się wybierać miejsce nie tyle czyste, ile charakterystyczne. Z naiwną nadzieją, iż pozwoli mi ono łatwiej odszukać użytkowane i, że tak powiem, osobiste mienie. Kiedy i w jakich okolicznościach, tego już nie zgadywałem. Nie miałem odwagi, ni wyobraźni, gdyż zależało to tylko i wyłącznie od widzimisię wszechwładnego pomocnika oficera dyżurnego jednostki.
– Dobra! – ryknął donośnie, gdy już kilkanaście szmat znalazło się pod ogołoconym z liści drzewem, a reszta demonstracyjnie nie wykazywała ochoty do pozbywania się czegokolwiek. – Uformować czwórki, dowódca na czoło i jazda! Na wprost biegiem marsz!
– Panie chorąży – odezwał się lękliwie nasz malutki prowadzący. – Dowódca pierwszej drużyny – przedstawił się regulaminowo – szeregowy podchorąży Dupoliz z zapytaniem.
– Słucham!
– Czy mogę kogoś oddelegować do tych szalokominiarek? Żeby nie zginęły, to znaczy tego, no… Żeby się gdzieś nie zapodziały?
– Co ja powiedziałem? – warknął służbiście pomocnik oficera. – Uformować czwórki, dowódca na czoło i jazda! Na wprost biegiem marsz!
– Tak jest! – rzucił wystraszony Dupoliz i błyskawicznie dał nam sygnał do kontynuowania rozruchu.
Zrobiliśmy ogłupiałe miny, ruszając z miejsca i niepewnie odprowadzając wzrokiem pozostawianą na pastwę losu odzież.
– A jak zapierdolą zetory? – wulgarnie wyłożył wątpliwości całego plutonu jakiś anonimowy przedstawiciel.
– Niech który zostanie! – zadecydował prędko lider. – I pilnować z ukrycia!
Szybka decyzja i dwóch śmiałków oderwało się od grupy. Działać musieli przytomnie, rozważnie, z zimną krwią. Nie napalać się, a liczyć na moment, w którym szastający niepopularnymi komendami pomocnik oficera dyżurnego tresował będzie kolejny potulnie nadbiegający pododdział. My biegliśmy przed siebie, lecz już bez niedawnej werwy. Humory nie dopisywały. Przynajmniej tym, którzy rozstać się musieli z częścią umundurowania. Dla nich dzień nie zaczynał się obiecująco.
Wreszcie dobiliśmy do celu. Niepalący posiadacze szalokominiarek przemyconych za pazuchą od razu udali się na górę. Pozostali postanowili warować, niecierpliwie wypatrując z palarni oddelegowanych współtowarzyszy. Nadbiegły po nas chyba jeszcze ze dwa przetrzebione ze zgniłozielonych szalokominiarek plutony, zanim dostrzegliśmy powracających kamratów. Poruszali się chyłkiem przy drzewach, z rzadka otaczających plac apelowy. Na całe szczęście nieśli to, na co czekaliśmy.
Dorwałem jedną z przywleczonych przez kumpli szmat, choć doskonale zdawałem sobie sprawę, iż na pewno nie tę, którą przed paroma chwilami składałem pod drzewem. Ci, którzy pomyśleli i zawiązali supełek, zadanie w odszukaniu zguby mieli ułatwione, ale ja – niestety jak i znakomita większość – nie pomyślałem i musiałem zdać się na stare wojskowe powiedzenie, iż sztuka jest sztuka. Nic w wojsku nie ginie, tylko zmienia właściciela. Zresztą nawet gdybym chciał, na szczegółowe dochodzenie nie było specjalnie czasu, gdyż misternie skonstruowany porządek dnia przywoływał do opamiętania.
Skoczyłem do wejścia. W tłoku podchorążych oglądałem pobieżnie swoją nową szalokominiarkę. Miała lekko jaśniejszy odcień ponurej zieleni, była sztywniejsza i twardsza, lecz – jak tamtą – też ją było czuć ohydną naftaliną przypominającą smar. Tym razem o nieco innym, ciut jak gdyby subtelniejszym, zabarwieniu.

Książkę można na przykład tutaj w wersji drukowanej lub jako ebook.

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Wykop
  • Śledzik

Leave a Reply