Ani tryumf, ani zgon…

Yalta_summit_1945_with_Churchill,_Roosevelt,_Stalin

Przygotowujemy właśnie łączne wydanie dwóch niezwykle ważnych książek Tomasza Łubieńskiego – „Ani tryumf, ani zgon” oraz „1939″. Ponieważ 70. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego już pojutrze, przypomnijmy sobie fragment pierwszej publikacji. Pada tu między innymi pytanie o postawę wobec naszych sojuszników, którzy, potocznie mówiąc, wystawili nas do wiatru.

Czy jakiś późny wnuk Powstania, to już sprawa historiozoficznego gustu, będzie myślał głównie o cudzych grzechach, czy raczej rozpamiętywał, myśląc o Powstaniu, pol­skie pomyłki i błędy. Co wybierze? To klasyczny spór, to­czy się od rozbiorów. Kto bardziej za nie odpowiedzialny, swoi czy obcy? Wydaje się, że w tym porządku oskarżanie na przykład Katarzyny II jest bezcelowe: ta wybitna wrogini Polski trzymała się po prostu interesów swojego impe­rium. Jeśli ktoś nie dotrzymał nam słowa, zwiódł, zawiódł, nawet zdradził (różnie kwalifikuje się chroniczne nieudzie­lanie pomocy wszystkim polskim powstaniom, z warszaw­skim włącznie), to przecież czynił to świadomie, bo tak mu się jego, nie naszym przecież zdaniem, wydawało i opłaci­ło.

Więc raczej nie naiwność polityczna, nieuwaga, niewie­dza, sprawiła, że ten czy ów nasz zachodni aliant dał się chytremu kaukaskiemu góralowi (Davies przyznaje Stali­nowi również inteligencję) wyprowadzić w pole. Widocz­nie tak wolał, trzeba dopuścić taki amoralny, wcale nie al­ternatywny, tylko wielce rzeczywisty scenariusz.
Gdyby ów zachodni sojusznik nas przepraszał (nie było okazji, nie było takiego zwyczaju podczas zimnej wojny), zgrzeszyłby hipokryzją. Chociaż alianci martwili się o nas, podziwiali i ubolewali, życzyli nam, za „żelazną kurtyną”, jak najlepiej. Za to przepraszają nas przedstawiciele na­stępnych pokoleń, a ponieważ ma to coraz mniejsze zna­czenie, przepraszają skwapliwie i wylewnie. Żeby sobie sprawić satysfakcję, nam przyjemność. A czy tak musi i musiało być? Tak już jest. „Narody sumienia nie mają” – napisał nie żaden machiawelski politolog czy polityk, tyl­ko nasz stary mądry Fredro, którego przywykliśmy uwa­żać za narodowego komediopisarza, ale który chyba rów­nież z powodów patriotycznych był permanentnie w złym humorze.
Alianci nie pomogli nam, mamy do nich żal i pretensję, w czym źródłowo utwierdza nas Norman Davies, choć przy­pomina również, że nie dosyć czujnie o to zabiegaliśmy. Jak­by zobowiązanie sojusznicze w polityce czy na wojnie samo przez się było wystarczającą gwarancją. Ale na wojnie tak już jest, że przegrywający nie mogą doczekać się pomocy. Żeby oddalić się na chwilę w historię, marszałek Francji Grouchy nie zdążył z odsieczą, na którą liczył pod Waterloo sam Napoleon. Szlachetnego Kościuszki pod Maciejo­wicami nie uratował (a czy mógł uratować?) generał Poniński i nigdy nie mógł się z tego wytłumaczyć, bo nosił na­zwisko zhańbione udziałem w Targowicy. Bodaj Wellington powiedział, że na wojnie najważniejsze jest odgadnąć, co kryje się za najbliższym wzgórzem. Ale za Wisłą, skąd cią­gnęła w lipcu 1944 roku Armia Czerwona nie ma i nie było nigdy żadnych wzgórz. Na wojnie, broni się dowódców Powstania, nie sposób wszystkiego przewidzieć, a ryzyko­wać trzeba. Ale trzeba też mieć szczęście i to jest zawodo­wym oficerskim obowiązkiem. A przywódcy Powstania mieli zbyt mało podstaw, aby na to szczęście liczyć. Stąd nawet do Stalina jakieś pretensje (powinien przecież pomóc, tak byłoby lepiej dla nas i dla niego), chociaż było widocz­ne (żadnych wzgórz za Wisłą), kim był, również dla Polski.

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Wykop
  • Śledzik

Leave a Reply