Czas: anarchia, tryb: rewolucja

WWA-3 kopiaPod takim nieco piętrowym tytułem (bo jest jeszcze podtytuł „Wspomnienia warszawskiego anarchisty 1989-1991″) mamy fascynujący dokument pierwszych lat wolności. Ale czy rzeczywiście wolności? Oddajmy na chwilę głos Autorowi.

Skazanie mnie za czynny opór i dodatkowo za atak na funkcjonariusza było zupełnym absurdem, ale mimo wszystko nie był to największy absurd policyjnej aktywności, jakiego doświadczyłem. Najbardziej kuriozalne sceny z umundurowanymi i uzbrojonymi przedstawicielami aparatu przymusu w roli głównej miały miejsce latem 1991 roku, po demonstracji, która odbyła się pod ambasadą amerykańską.
Demonstracja ta, była właściwie happeningiem. Został on przygotowany przez ludzi współtworzących A-Cyklistów. W latach 1991-1992 A-Cykliści przeżywali najlepsze chwile swojego istnienia. Happening dotyczył aresztowania jednego z amerykańskich anarchistów, który nazywał się Kenny Toila. O samym bohaterze akcji nikt nie wiedział zbyt wiele, poza tym, że działał on w „słusznej sprawie”. Wydaje się, że była to walka z rasizmem, połączona z jakimiś antykapitalistycznymi wystąpieniami. W każdym razie Kenny wydał się wszystkim wart tego, by zaangażować się na rzecz jego uwolnienia. Wiązało się to prawdopodobnie z tym, że wyobrażając sobie tego amerykańskiego działacza, każdy z nas miał przed oczami Jello Biafrę z Dead Kennedys, a kto, jak kto, ale Jello Biafra wart był małej, ulicznej prowokacji.

Kapitalizm przywierał do polskiej mentalności warstwą nieprzyjemnej skorupy, co w praktyce oznaczało bezwzględność pracodawców i stosowanie wszelkich możliwych prawnych, finansowych i gospodarczych oszustw. Najbardziej cierpieli pracownicy dużych fabryk i Państwowych Gospodarstw Rolnych. Parcelacja przemysłu opierała się na celowym rujnowaniu istniejących przedsiębiorstw i masowym zwalnianiu ludzi, co rzecz jasna pozbawiało ich dalszych perspektyw na godną egzystencję. Następnie, w opustoszałych fabrykach i zakładach pracy tworzono mafijno-politykierskie spółki, które na niewolniczych zasadach przyjmowały niewielką część dopiero co usuniętych pracowników. Reszta dostawała kopa w dupę. Wobec PGR-ów stosowano politykę „odcinania się”. Władze wymazywały obecność tych gospodarstw z akt i grafików, więc PGR-y dogorywały na uboczu, wpędzając uzależnionych od nich ludzi w skrajną nędzę.
Z kolei na Zachodzie pozbawiony komunistycznego wroga kapitalizm przybierał agresywną, imperialną formę, co zaowocowało wojną w Zatoce Perskiej i później w Afganistanie. Przybyła zza oceanu kultura masowa rozpoczynała swoje otumaniające dzieło. Korporacje powiększały wpływy i umacniały pozycję w światowej polityce. Wszystko to sprawiało, że wystąpienie przeciwko rządom Stanów Zjednoczonych, łączące sprzeciw wobec kapitalizmu ze sprzeciwem wobec konsumpcji wydawało się właściwe.
Wielkie USA. Mityczna kraina dobrobytu. Rajski fetysz całego Peerelu. Druga ojczyzna Polaków. Fuck off!
Nie chcieliśmy robić klasycznego przemarszu przez miasto, z okrzykami w stylu „Kenny Toila must be free”, czy „Capitalism must die”, zilustrowanymi niesionymi transparentami, obrazującymi nierówności społeczne w Stanach Zjednoczonych. Doszliśmy do wniosku, że byłoby to zbyt banalne. Poza tym obawialiśmy się, że ze względu na skrajnie niszowy temat klasyczna demonstracja mogłaby zgromadzić zaledwie kilkudziesięciu wtajemniczonych. Wydarzenie to musiało być kameralne, ale zarazem spektakularne, oryginalne i jak najbardziej artystyczne.
Rozpoczęły się przygotowania. W lokalu na ulicy Pięknej, który dostaliśmy od Piotra Ikonowicza, niejako w spadku po PPS-RD, była nasza główna baza. Idealna. Zaangażowane, zagraniczne plakaty na ścianach. Pod ścianami stosy ulotek i gazetek. W puszkach kleje i farby. Była nawet mini-kuchnia z nieodzownymi pustymi butelkami po alkoholu, świadczącymi o intensywności odbywających się tu konstruktywnych polemik i dyskusji. Podczas jednej z nich obmyślony został scenariusz happeningu. Jego fabuła miała być prosta, a symbolika powszechnie rozumiana.
Plan zakładał, że happening będzie parateatralnym przemarszem ucharakteryzowanych i przebranych postaci. Surrealistyczny korowód. Poszczególne postaci biorące udział w happeningu miały odpowiadać stereotypowym wyobrażeniom, tych amerykańskich typów osobowych, które według naszej oceny, w podjętych przez siebie społecznych rolach, przyczyniały się do negatywnych aspektów życia w USA i na świecie. W korowodzie nie mogło zabraknąć także ich ofiar.
W owym panteonie „oprawców” kapitalizmu i „skrzywdzonych” przez kapitalizm pojawili się: biznesmen – jako alegoria bezwzględności systemu, w biznesmena wcielił się Piotrek; żołnierz marines – symbolizujący amerykański imperializm i militaryzm, byłem nim ja; członek Ku Klux Klanu – symbolizujący rasizm i szowinizm, był nim Kynio; dyskotekowy kelner – symbolizujący służalczość i tępotę społeczeństwa amerykańskiego, był nim Roman; cheerleaderki – symbolizujące popkulturowy seksizm, w nie wcieliły się Agnieszka, Kasika, Czarny i Biały Sfinks.
Represjonowanych działaczy kontrkulturowych w USA reprezentowała grupa hipisów i anarchistów – w nich wcielili się nasi hipisi i kilku punków. Ofiary rasizmu symbolizował pomalowany czarną farbą Niby-Murzyn, którym na czas performansu stał się drugi Piotrek.
Główny rekwizyt stanowiły dyby sporządzone z płyt pilśniowych. Dyby te – było ich pięć – pomalowaliśmy w barwy narodowe USA i doczepiliśmy do nich stalowe łańcuchy.
Zamysł happeningu był taki, że owe dyby zostaną nałożone na ręce i na kark kilku alternatywnie ubranym ludziom – hipisom i punkom. Przytwierdzone do owego jarzma łańcuchy będą dzierżyć w dłoniach osoby stylizowane na „kapitalistycznych dręczycieli”. Po krótkim przemarszu przez Aleje Ujazdowskie, z Placu Trzech Krzyży pod ambasadę USA, owi zniewoleni ludzie wolnego ducha mieli zostać przykuci, razem z dybami, które dźwigali na swoich barkach, do bramy placówki dyplomatycznej Stanów Zjednoczonych.
Ku naszemu wielkiemu zaskoczeniu na happening przyszło dużo ludzi. Poza zaangażowanymi w akcję anarchistami, zjawiła się też młodzież licealna oraz studenci pierwszego i drugiego roku studiów. Ruszyliśmy spod pomnika Witosa i wolno, chodnikiem przemieszczaliśmy się w stronę ambasady amerykańskiej. Wszystko przebiegało zgodnie z przygotowanym scenariuszem. Kroczyliśmy radośnie, cheerleaderki machały pomponami, do rytmu grały werbelki i trąbka. Amerykański żołnierz wykrzykiwał sadystyczne komendy i niczym kolędniczy turoń, siał wokół siebie postrach, członek Ku Klux Klanu kopał Niby-Murzyna, przymilny kelner rozdawał ludziom Coca Colę, biznesmen szarpał trzymanych na łańcuchach, zakutych w dyby buntowników. Owca biegał z tubą po ulicy i głośno przez nią komentował odbywające się wydarzenie.
Przez całą drogę nie byliśmy niepokojeni przez ani jednego policjanta. Policji w ogóle nie było, jakby w urzędzie bezpieczeństwa raport o naszej akcji zapodział się gdzieś między innymi papierami. Oczywiście głośny korowód wzbudzał zainteresowanie wśród warszawiaków. Ludzie zatrzymywali się, patrzyli, pytali: „Po co?”, „A czemu tak?”, „Czy nam się chce?” i wracali do swoich spraw. Przedstawiciele prasy robili zdjęcia. Wcześniej udzieliliśmy wywiadu dla którejś z radiowych stacji.
W końcu bezpiecznie doszliśmy na miejsce. Pracownicy ambasady USA kompletnie nie rozumieli, co się dzieje, ale z zainteresowaniem oglądali wszystko z okien. Sponiewierane przez biznesmena i dodatkowo przez amerykańskiego żołnierza ofiary kapitalistycznego ucisku zostały przykute do bramy, zapłonęły pochodnie, na chodnik popłynęły strumienie lepkiej Coca Coli, a ubrane w minispódniczki cheerleaderki wykonały lubieżny taniec.
Happening się zakończył. Przybyli na happening widzowie rozeszli się. Odetchnęliśmy. Każdy element performansu całkowicie spełnił nasze oczekiwania – tak pod względem dramaturgicznym, jak i ideowym.
Kontrkulturowi więźniowie zostali uwolnieni, dyby z łańcuchami zostawiliśmy przytwierdzone do bramy ambasady amerykańskiej i przez nikogo nie zatrzymywani poszliśmy do parku po drugiej stronie ulicy.
Była sobota i była piękna pogoda. Gorąco. Na bezchmurnym niebie świeciło słońce. Na klombach kwitły kwiaty. Park pełen był ludzi: zakochanych par, matek z dziećmi i staruszków siedzących na ławkach. My usiedliśmy na trawie i zaczęliśmy mały piknik. Tej letniej, parkowej idylli oddało się około trzydziestu osób. Kluczowe postaci happeningu zdejmowały swoje kostiumy i zakładały własne ubrania, zaś reszta gawędziła wygrzewając się w przyjemnych promieniach słońca. Byliśmy zadowoleni i odprężeni. Zaczęliśmy się zastanawiać, co robić dalej w tak uroczym dniu. Może wspólne piwo? Może spacer nad Wisłą?
Nagle zza krzaków, zarośli i chaszczy rosnących dookoła wypadli ubrani na czarno, zamaskowani i uzbrojeni w pistolety maszynowe antyterroryści. Nacierali z każdej strony. Zaatakowali jak stado agresywnych buldogów. Rzucili się na nas. Zaczęli przewracać ludzi na ziemię. Tarmosili. Kopali. Przydeptywali. Wykręcali ręce. Skuwali kajdankami. Cóż z tego, że w parku było dużo takich, którzy nie mieli z happeningiem nic wspólnego. „Gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą” – powiedział mi jeden z funkcjonariuszy kierujących atakiem, gdy później zwróciłem mu uwagę na głupotę całej interwencji.
Jeśli parkowi spacerowicze nie mieli akurat dziecka na ręku i wyglądali na mniej niż pięćdziesiąt lat, byli, tak jak i my, powalani na ziemię i skuwani kajdankami. Dookoła zaczął się chaos. Rozlegały się krzyki drobnych licealnych dziewczyn w hipisowskich, kolorowych sukienkach, bezpardonowo obezwładnianych przez zamaskowanych osiłków. Dzieci płakały, gdy matki wziąwszy je na ręce uciekały przerażone sytuacją, w jakiej znalazły się one i ich wrzeszczące pociechy.
Po krótkim czasie pojawiły się wyjące i migające „kogutami” radiowozy, a wraz z nimi dziesiątki policjantów. Mnie skutego kajdankami powalono na ziemię, a któryś z antyterrorystów przycisnął butem moją głowę do żwirowego duktu. Mimo położenia, w jakim się znalazłem, gdy dotarło do mnie to, co się dookoła dzieje wybuchnąłem głośnym śmiechem.
– Panowie – odezwałem się chichocząc, do górujących nade mną komandosów – czy naprawdę uważacie, że jesteśmy aż tak niebezpieczni?
Podniesiono mnie z ziemi i zaczęto odprowadzać do policyjnej nyski. Miałem wyrwany kolczyk z ucha, a z miejsca po nim ciekła krew. Dookoła pobojowisko: porozrzucane ubrania, poprzewracane ławki i kosze na śmieci. Brakowało tylko krążących po niebie sępów. Zresztą zdezorientowane i zasępione miny przypadkowo aresztowanych spacerowiczów całkowicie rekompensowały brak tych ptaków.
Szedłem eskortowany przez trzech antyterrorystów wciąż nie mogąc powstrzymać śmiechu. Zobaczyłem, że inni prowadzeni siłą i skuci kajdankami uczestnicy happeningu zareagowali podobnie jak ja i ze śmiechu nie mogą ustać na nogach. Paranoiczna groteskowość sytuacji pozbawiła aparat przymusu całej pseudo-aury nadprzyrodzonej mocy, a agresję i przemoc odarła z jej tragicznego wymiaru.

Podziel się na:
  • Facebook
  • Google Bookmarks
  • Twitter
  • Wykop
  • Śledzik

Leave a Reply