No tak… Przeczytałem poprzedni wpis i posmutniałem. Bo kobiety niby utrzymują, że u mężczyzn liczy się dobroć, stałość, solidność, ale jak przyjdzie co do czego, to graj piękny Cyganie…
Ale nie o tym chciałem napisać. Wczoraj gościliśmy w Wydawnictwie parę autorską, umówioną już nami na cały cykl książek (z których pierwsza ukaże się za dwa miesiące). Będzie to seria kryminalna, z lekką nutką romansu, z dużym poczuciem humoru.
A pierwsza książka zaczyna się tak:

Jeszcze rano życie wydawało się Beacie takie piękne. Jak zresztą każdej młodej, zakochanej i zaręczonej kobiecie. Jeszcze rano jej myśli zaprzątała wyłącznie wizja przygotowań do ślubu, a jedynym problemem było ustalenie listy gości, wzoru ślubnych zaproszeń i wybór restauracji na uroczysty obiad…
Sytuacja uległa gwałtownej zmianie około piętnastej.
Tego popołudnia Beata wyszła z ministerstwa godzinę wcześniej. Jak na połowę września, dzień był wyjątkowo ciepły i słoneczny. W powietrzu unosił się jeszcze gęsty i słodki zapach lata, napływający intensywną falą z pobliskiego Ogrodu Botanicznego. Słychać było wesoły świergot ptaków i pokrzykiwania dzieci, dobiegające z placu zabaw w parku.
Beatka zatrzymała się na przystanku autobusowym przy Placu na Rozdrożu. Czuła się zmęczona, bo całe przedpołudnie spędziła pisząc jakieś nudne sprawozdanie na komputerze. Tym chętniej wystawiła twarz do słońca, ciesząc się ciepłem i perspektywą wolnego popołudnia, które miała zamiar poświęcić na poszukiwanie ślubnych pantofli.
Nagle drgnęła. Czy to możliwe? Słońce świeciło jak oszalałe, więc przymrużyła oczy, żeby się lepiej przyjrzeć oddalonej męskiej sylwetce, która wydała jej się znajoma. Wysoki, przystojny mężczyzna w idealnie skrojonym, jasnym garniturze, charakterystycznym ruchem przeczesywał palcami krótko ostrzyżone, ciemne włosy.
Tak. To był Paweł, jej narzeczony!
Stał jakieś sto pięćdziesiąt metrów dalej, przed kawiarnią, i rozglądał się, jakby na kogoś czekał. Czyżby miał mieć jakieś oficjalne biznesowe spotkanie, pomyślała w pierwszej chwili i w tym momencie dostrzegła w jego dłoni metrowej długości czerwoną różę.
Czeka na mnie, ucieszyła się, ale skąd wiedział, że dziś wcześniej kończę?
Nie namyślając się ruszyła w jego kierunku, lawirując między ludźmi stojącymi na przystanku. Już podnosiła rękę, żeby mu pomachać, kiedy od strony Bagateli pojawiła się prześliczna, szczupła brunetka w eleganckiej, ciemnozielonej sukience. Prawie biegła, głośno stukając wysokimi obcasami. Pewnie też się spieszy na spotkanie z chłopakiem, przeleciało Beatce przez głowę, i w tym momencie zamarła, obserwując, jak jej narzeczony rusza naprzeciw nieznajomej.
O cholera!
Nagle zrozumiała, na kogo Paweł tak niecierpliwie czekał!
Nie mogła, co prawda, widzieć jego twarzy, ale sposób, w jaki pocałował dłoń tamtej kobiety oraz wręczył różę, zdecydowanie nie miał nic wspólnego z oficjalnością!
Również to, jak objął tę kobietę w pasie i pociągnął do wnętrza kawiarni, oficjalne nie było!
Cholera jasna!
Stała zdezorientowana na środku chodnika, nie wiedząc zupełnie, co robić dalej. Na pewno musi być jakieś logiczne wytłumaczenie tej sytuacji, na pewno… Drżącą ze zdenerwowania dłonią odnalazła w torbie telefon komórkowy i wybrała numer narzeczonego. Po pięciu sygnałach usłyszała: „Tu Paweł, nie mogę teraz odebrać telefonu, po sygnale nagraj wiadomość”.
Roztrzęsiona wrzuciła komórkę z powrotem do torby. Co robić?
To przecież niemożliwe, żeby Paweł… żeby on…
Owszem, przywitał się z tą kobietą bardzo czule, ale to może być jakaś jego kuzynka albo szkolna przyjaciółka … Albo ciotka. Czy Paweł ma młodszą od siebie ciotkę oszałamiającej urody? Jakoś nigdy nie wspominał. No to… siostra cioteczna? Za niecały miesiąc biorą ślub, więc może jednak lepiej, żeby to była rodzina. Choćby daleka. A na razie lepiej nie histeryzować i nie robić z siebie idiotki.
Ale nogi same ją poniosły w kierunku kawiarni.
Wejdę tam i niech się dzieje, co chce!!! – zbuntowała się nagle.
Jednak im bliżej budynku, tym bardziej zwalniała. Nie mogła tak po prostu wbiec na salę i wygarnąć Pawełkowi, chociaż miała na to wielką ochotę. Po prostu nie mogła. A jeśli to jednak spotkanie biznesowe? Albo może ta ciotka? Spaliłaby się chyba wtedy ze wstydu.
Może dlatego zamiast do wejścia, skierowała się w bok, na chodnik biegnący wokół kawiarni. Przeszła parę kroków i nagle znalazła się obok wielkiej, przyciemnianej szyby.
Najpierw zobaczyła odbicie własnej, szczupłej, całkiem zgrabnej sylwetki, a zaraz potem – tych dwoje.
Siedzieli przy malutkim stoliku w rogu sali i pili czerwone wino. Brunetka coś opowiadała, bawiąc się niedbale długim sznurem dziwnych, ciemnoczerwonych korali, a Paweł siedział zasłuchany, gładząc palcami brodę, jak zawsze, gdy coś go interesowało. Nagle roześmiał się, odrzucając głowę do tyłu. A potem nachylił się w stronę brunetki, coś powiedział i stuknęli się kieliszkami.
Tego już było dla Beatki za wiele. Prawie biegiem zawróciła na przystanek, połykając łzy, które nagle pojawiły się w ilościach nie do opanowania. Jedyne, czego teraz pragnęła, oczywiście oprócz tego, żeby cała ta historia okazała się snem, to znaleźć się szybko i bezpiecznie w domu.
Machnęła ręką na przejeżdżającą taksówkę. Jeszcze by tego brakowało, żeby w autobusie wszyscy się gapili, jak płacze.
Wbiegła do domu i cisnęła rzeczy na obszerną komodę w przedpokoju. Była zbyt zdenerwowana, żeby jak zwykle poukładać wszystko na miejscu. Z kryształowego lustra nad komodą wyjrzała zaczerwieniona od płaczu twarz. Rozmazane smużki tuszu do rzęs tworzyły na policzkach dziwne wzory. Beatka obiema dłońmi odgarnęła do tyłu krótkie, jasne włosy, które rozczochrały się nie wiadomo kiedy i przez chwilę przyglądała się zrozpaczona swojemu odbiciu. Nagle drgnęła.
- O Boże, jak ja wyglądam – jęknęła i pobiegła do łazienki.
A potem, żeby nie myśleć, zabrała się za sprzątanie.
Nie będę do niego dzwonić, niby po co, powtarzała sobie stanowczo, krzątając się nerwowo po mieszkaniu, ale kiedy komórka odezwała się koło siódmej, rzuciła się jej szukać w takim pośpiechu, że o mało nie rozerwała torebki.
- Cześć, kochanie – zabrzmiał w słuchawce wesoły baryton Pawła. – Co słychać? Dzwoniłaś?
Kochanie? No proszę, jaki obłudny.
- Tak, dzwoniłam koło trzeciej, ale nie odbierałeś…
Chwila ciszy.
- Koło trzeciej, mówisz? Chyba siedziałem w biurze, a co? Miałaś do mnie jakąś ważną sprawę, ptaszku?